Ale zmiana ministra nie musi oznaczać zmiany kursu. Z nielicznych wypowiedzi medialnych Dariusza Piątkowskiego wynika, że poglądy na obecny system edukacji są niemal identyczne jak odchodzącej minister. A przeprowadzona przez rząd PiS reforma edukacji „była potrzebna”.

"Aksamitna" rekonstrukcja premiera Morawieckiego

Wydaje się także, że nowy minister nie obawia się tegorocznego podwójnego rocznika. Jak tłumaczył w rozmowie z portalem Natemat.pl w większości miast chaosu nie ma. Twierdził, że szkoły w mniejszych miejscowościach cierpią na brak uczniów i podwójna rekrutacja to dla nich szansa na istnienie.  -  To więcej propagandy niż rzeczywistości. Wiem, że w Warszawie są z tym problemy. Ale to wynika przede wszystkim z tego, że samorząd nie myśli o budowie nowych szkół, mimo że powstają nowe osiedla – tłumaczył Pionkowski.   

Trudno raczej oczekiwać, że nowy szef MEN będzie się przejmował tłokiem w stołecznych liceach. Jak pokazały ostatnie wybory samorządowe, w Warszawie większe poparcie mają partie opozycyjne niż PiS, więc gdyby gniew rodziców obrócił się przeciwko prezydentowi Rafałowi Trzaskowskiemu, strat partia rządząca by nie odnotowała. 

Nadziei na poprawę swojego losu nie mogą w tej zmianie wypatrywać także nauczyciele. W opinii ministra, nauczyciele dostali już swoje podwyżki (chodzi o wzrost o 9,6 proc. od września), porozumienie, które rząd podpisał z NSZZ „Solidarność” jest dobre, a „nauczyciel powinien kierować się przede wszystkim dobrem dziecka. Niestety dziś wielu nauczycieli zapomniało o tym podstawowym przykazaniu”.

Dariusz Piontkowski znany jest natomiast ze swojego radykalnych poglądów dotyczących edukacji seksualnej. W jego opinii tak wychowywane dzieci w konsekwencji trafią w ręce pedofilów. Podobny los czeka te maluchy, które były wychowywane przez pary homoseksualne. Jest przeciwny także organizacji w szkołach imprez z okazji Halloween.

Jednak jako dobrą monetę można przyjąć to, że Dariusz Piontkowski ma doświadczenie zarówno w pracy w szkole, jak i w samorządzie. Należy mieć więc nadzieję, że będzie rozumiał, iż budżet samorządów nie jest z gumy i nie da się przeprowadzić kolejnej „bezkosztowej” reformy.

Niewątpliwie następcy Anny Zalewskiej nie brakuje także odwagi. Przejęcie kierownictwa w MEN w momencie, gdy do szkół średnich trafia niemal 730 tys. absolwentów gimnazjów i zreformowanych szkół podstawowych, a nauczyciele prowadzą akcję protestacyjną, niewątpliwie wymaga siły. Chyba że jest to jego, dość ryzykowna zresztą, kampania wyborcza przez zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi.