Był człowiekiem, który starannie strzegł prywatności. Z rzadka zagłębiał się też w rodzinną przeszłość, zresztą w PRL nie bardzo mógł opowiadać o przodkach, a nawet o rodzonym bracie. W muzyce, którą komponował Witold Lutosławski, pozornie trudno doszukać się odniesień do otaczającej go rzeczywistości czy przeszłości Polski.

– Był niesłychanie dystyngowany i uprzejmy, jakby posępne doświadczenia ominęły jego życie – opowiadał mi Esa-Pekka Salonen, światowej sławy dyrygent i znawca twórczości Lutosławskiego. – A przecież w dzieciństwie stracił ojca i stryja, których rozstrzelali bolszewicy. Wypracował jednak własne mechanizmy obronne przed zewnętrznym światem. Jednym z nich była muzyka. Nie należy doszukiwać się w niej związków z jego biografią, ale znając życie Lutosławskiego, lepiej można zrozumieć, dlaczego narracja jego utworów przybiera często tak tragiczne tony. Jest w nich klimat zniszczenia, nieodwracalnej katastrofy.

Rodzinna historia związana jest z Drozdowem, wsią nad Narwią, oddaloną o około 9 kilometrów na wschód od Łomży. Od 1786 roku (jak wynika z zachowanych dokumentów) była ona w posiadaniu Lutosławskich. Pojawili się pod koniec XVIII w., kiedy za sprawą małżeńskich koligacji Franciszek Saryusz-Lutosławski herbu Jelita stał się właścicielem tutejszych włości.

Dziadek Franciszek

Nie wszystkie wydarzenia z zamierzchłej przeszłości można po latach odtworzyć. Bogato udokumentowane jest jednak życie Franciszka Lutosławskiego (1830 – 1891), dziadka Witolda. Był postacią jakby żywcem wyjętą z pozytywistycznej powieści. Wiedzę zdobywał w Instytucie Agronomicznym w podwarszawskim Marymoncie, a także w czasie zagranicznych podróży rolniczych, m.in. do Anglii i Szkocji, które opisał w wydanej drukiem książce. Poczuł się do patriotycznego obowiązku podczas Powstania Styczniowego, choć dokładnie nie wiadomo, na czym jego udział w nim polegał. Należał do stronnictwa białych, dwukrotnie znalazł się w więzieniu: raz w grudniu 1863 roku i ponownie półtora roku później. Po upadku powstania wycofał się jednak z polityki i zajął się unowocześnianiem metod gospodarowania w Drozdowie.

Okazał się znakomitym rolnikiem i gospodarzem, który rodzinny majątek doprowadził do rozkwitu. Powiększył stan posiadanej ziemi do około 2, 5 tys. ha, założył browar, a produkowane w nim ze świetnej wody źródlanej piwo drozdowskie zdobywało nagrody na licznych wystawach w Europie (Wiedeń, Paryż) i Ameryce (Filadelfia). Kiedy browar zaczynał działalność w 1864 roku, wartość rocznej produkcji wyniosła 270 rubli, w 1902 roku wzrosła do 60 tys. rubli, a zatrudnionych było ponad 50 robotników, sam browar został zaś już dawno zelektryfikowany.

Nie był to zresztą jedyny zakład przemysłowy majątku, działały również młyn elektryczny i tartak. Franciszek rozwijał nie tylko przemysł, ale także – a może przede wszystkim – hodowlę. W pobliskiej Łomży sławę zyskała jego mleczarnia. „Za cenę pomierną można tu dostać wszelkiego rodzaju nabiału od znacznych do najmniejszych ilości – pisano w wydanej w XIX w. książce „Dawna i teraźniejsza Łomża". – Porządek w mleczarni wzorowy. Masło sprzedają wyciśnięte w pięknych różnego kształtu i różnej wielkości formach i foremkach. Sprzedają tam także na porcye zsiadłe mleko, włoszczyznę, a w porze jesiennej i zimowej owoce". W 1888 roku zjechała do Drozdowa Sofia Casanova Pérez Eguia, hiszpańska poetka i pisarka, świeżo poślubiona małżonka pierworodnego syna Franciszka – Wincentego Lutosławskiego. Początkowo została przyjęta z rezerwą w tym domu prowadzonym według dość surowych zasad, szybko jednak zdobyła sympatię nowej rodziny i mieszkańców majątku.

Sofitina, jak ją nazywano, opiekowała się chorymi we wsi, pomagała w założeniu ochronki i żłobka. Wędrowała po Europie za mężem, który wykładał na różnych uniwersytetach, ale z Polską związała się na dobre, nawet wówczas, gdy ich małżeństwo się rozpadło. W czasie I wojny światowej z Lutosławskimi uciekła też do Rosji, a gdy wybuchła tam rewolucja, kanałami dyplomatycznymi przemycała do hiszpańskiej prasy doniesienia o poczynaniach bolszewików.

Człowiek zwariowany

Ten, za którym przyjechała do Polski – Wincenty Lutosławski, to postać niezwykła, ciągle czekająca na dokładniejsze przybliżenie. Jego zagmatwane idee filozoficzne i anarchizujące poglądy polityczne sprawiły, że w PRL skazany był na zapomnienie, zwłaszcza że w swych pracach jednoznacznie określał się jako zdecydowany przeciwnik komunizmu.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Studiował na wielu uniwersytetach rozmaite dziedziny wiedzy: chemię, filozofię, filologię. Doktoryzował się z filozofii na Uniwersytecie Helsińskim, później prowadził wykłady w kraju (Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet Wileński), w Europie i w USA.

Kilkakrotnie przechodził w życiu wewnętrzną odmianę, zdecydowanie porzucał katolicyzm i wracał do niego, wierzył w wolność duszy i w prawo własności, chwalił miłość jako „przywilej dusz wyjątkowych" i ganił „szał demokratyczny", który „zagraża upadkiem naszej cywilizacji" Był znakomitym znawcą Platona, któremu poświęcił szereg prac. Eliza Orzeszkowa pisała o nim, iż jest „niezmiernie zacny i patriota najlepszy".

Po powrocie do kraju zajął się sprawą wychowania narodowego młodzieży, na Kongresie Wersalskim po zakończeniu I wojny domagał się odbudowy Polski w granicach przedrozbiorowych z ziemiami Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Roman Dmowski, z którym na początku XX wieku związał się politycznie, ale potem ich drogi się rozeszły, uważał go „za człowieka zwariowanego i przez to niebezpiecznego". Nie przeszkodziło to Dmowskiemu pozostawać w bliskich związkach z córkami Wincentego i Sofii.

Franciszek Lutosławski z dwóch małżeństw dochował się sześciu synów. Jedyna córka oraz siódmy syn zmarli w dzieciństwie. Każdy z sześciu braci Lutosławskich był postacią nietuzinkową. Ojciec zadbał o ich staranną edukację, cechowała ich ogromna pracowitość oraz patriotyzm połączony z pasją społecznikowskiego działania. Po śmierci ojca ze zmiennym szczęściem próbowali gospodarować rodzinnym majątkiem. Nie bali się jednak żadnej innej pracy, często zabierali głos w sprawach publicznych.

Inżynierskie tradycje

Jan Lutosławski przez wiele lat redagował „Gazetę Rolniczą", także już w niepodległej Polsce. Marian Lutosławski, który od 1896 roku mieszkał w Warszawie, zasłynął z kolei jako świetny inżynier i społecznik o rozległych zainteresowaniach. Zainstalował na przykład – dla hotelu Bristol – pierwszą w kraju elektrownię napędzaną silnikiem spalinowym Diesla. Był pionierem technik żelbetonowych w budownictwie, założył własną fabrykę cementu, aktywnie działał w nowo powstałym Stowarzyszeniu Techników Polskich. Prowadził świetnie prosperujące biuro projektowe, gdy jednak wybuchła I wojna światowa, zamknął je i całkowicie poświęcił się pracy społecznej. Tworzył jadłodajnie, ochronki i schroniska, organizował pomoc przy zarządzonej przez Rosjan ewakuacji.

Najmłodszy z braci, Józef Lutosławski, także ukończył studia inżynierskie, na Politechnice w Rydze, potem mieszkał w Warszawie, gdzie związał się z Narodową Demokracją. Od 1908 roku prowadził rodzinny majątek w Drozdowie, działał w organizacjach rolniczych i spółdzielczych. Miał trzech synów, najmłodszy Witold przyszedł na świat 25 stycznia 1913 roku.

Techniczne tradycje kontynuowali liczni przedstawiciele kolejnych pokoleń, przede wszystkim zaś synowie Mariana: Franciszek (zginął w Powstaniu Warszawskim) i Zbigniew Lutosławski, który w 1938 roku został naczelnym inżynierem Zakładów Cegielskiego w Poznaniu. W pierwszych miesiącach po II wojnie załoga wybrała go na dyrektora naczelnego tej fabryki. Kiedy w 1950 roku odmówił podjęcia typowego dla czasów stalinowskich zobowiązania produkcyjnego, jego zdaniem nierealnego, został wyrzucony ze stanowiska i z Poznania. Z trudem znalazł pracę w hucie w Łabędach bez prawa do awansu, nagród i premii. Zrehabilitowano go w 1957 roku.

Druh Szary

Wyjątkową postacią był kolejny syn Franciszka, Kazimierz Lutosławski. Początkowo skończył studia medyczne, praktykował w warszawskim szpitalu przy ul. Kopernika, ale zdecydował się na studia teologiczne i filozoficzne. W wieku 32 lat przyjął święcenia kapłańskie, swoją pierwszą mszę odprawił w 1912 roku na Jasnej Górze. Wcześniej jednak, w czasie wojaży zagranicznych, zainteresował się ruchem skautowym. Pierwsze zastępy „Kruków" i „Czajek" złożone z członków rodziny i przyjaciół założył w 1911 roku w rodzinnym Drozdowie.

Jest autorem projektu obowiązującego do dzisiaj krzyża harcerskiego, publikował pogadanki dla skautów jako druh Szary, później został kapelanem ruchu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości bardziej zajął się polityką, był posłem na Sejm, ale też kapelanem wojskowym garnizonu warszawskiego. Zmarł niespodziewanie w 1924 roku, zaraziwszy się szkarlatyną.

Tajne dokumenty

Lato i jesień 1914 roku przebiegały w Drozdowie spokojnie, front był przecież daleko. W Łomży działał Komitet Obywatelski z aktywnym udziałem Józefa Lutosławskiego. W następnych miesiącach we dworze zaczęły stacjonować carskie wojska, ale mimo wszystko starano się zachować pozory normalności. Nastroje zmieniły się z końcem lipca 1915 roku wraz ze zbliżaniem się oddziałów niemieckich. W ogrodach Drozdowa zaczęto nawet kopać rowy strzeleckie, ale Rosjanie nie zdążyli ich wykorzystać. Uciekli, zarządziwszy natychmiastową ewakuacje ludności.

Po licznych perturbacjach podczas tułaczki Lutosławscy znaleźli się w Moskwie. Tu cała rodzina rzuciła się w wir pracy społecznikowskiej. Najaktywniejsi byli Marian, Kazimierz i Józef, którzy weszli w skład Rady Polskiej Zjednoczenia Międzypartyjnego. Miała ona jednoczyć rodaków wszystkich orientacji w sytuacji, gdy odzyskanie niepodległości zdawało się coraz bliższe.

Przewodniczącym Rady został przyszły prezydent Stanisław Wojciechowski. Lutosławscy zajęli się sprawami wojskowymi. Utrzymywali kontakty z przedstawicielami państw sprzymierzonych, pragnąc ich zainteresować wykorzystaniem I i II Korpusu Polskiego do walki z Niemcami. Gdy bolszewicy postanowili rozwiązać polskie wojsko, organizowali przerzuty ochotników przez Murmańsk do Francji. W nowej rewolucyjnej sytuacji Rosji ryzykowali wiele.

W kwietniu 1918 roku czekiści dokonali rewizji w moskiewskim mieszkaniu Lutosławskich. Znaleźli m.in. odpis tajnego traktatu zawartego między przedstawicielami rządów niemieckiego i bolszewickiego. Już tylko ten dokument był wystarczającym powodem, by aresztować Mariana Lutosławskiego, a także kilka dni później Józefa. Sprawy wojskowe w Radzie Polskiej przejął po nich Kazimierz, który musiał zacząć się ukrywać.

Początkowo sytuacja uwięzionych braci nie wydawała się bardzo groźna. Owszem, bolszewicy chcieli się dowiedzieć, w jaki sposób Lutosławscy weszli w posiadanie tajnych dokumentów, ale można było ich odwiedzać w areszcie, a na przesłuchania obu wyprowadzano do prokuratury na miasto. Powstał nawet plan, by przekupić eskortujących strażników, ale rodzina tak była przekonana, że po normalnym procesie Marian i Józef wyjdą na wolność, że nie zdecydowano się na realizację takiej ucieczki.

Wszystko zmieniło się z końcem sierpnia 1918 roku po próbie nieudanego zamachu na Lenina. Bolszewicy zaostrzyli represje. 4 września Marian i Józef Lutosławscy wraz z grupą kilkudziesięciu więźniów zostali przetransportowani do jednej z podmoskiewskich wsi. „Przywiezieni pod konwojem, ustawieni na specjalnie ogrodzonym placu, oczekują wobec nielicznie zgromadzonej publiczności swojej kolejki – relacjonował na podstawie doniesień moskiewskiej prasy Jerzy Osmołowski. – Czekista wywołuje kolejno skazańców, prezentując publicznie byłych dostojników z charakterystyką działalności, z tłumu padają okrzyki nienawiści, połajanki – wywołany przechodzi kilka kroków dalej i pada zastrzelony nad wykopanym dołem".

Ciała rozstrzelanych nie zostały wydane rodzinie. Miejsca pochówków także nie są znane. W chwili śmierci Józef Lutosławski osierocił trzech synów. Starsi bracia Witolda kontynuowali rodzinne tradycje inżynierskie. Jerzy przed II wojną pracował w zakładach Lilpopa, w latach 1958–1960 jako stypendysta Fundacji Forda studiował w USA organizację i systemy zarządzania w gospodarce, został później cenionym ekspertem w tej dziedzinie. Henryk studiował w SGGW, był też w Anglii, gdzie doskonalił umiejętności zawodowe. Wrócił do kraju, by wziąć udział w kampanii wrześniowej, dostał się do niewoli sowieckiej. Więziony w Kozielsku, zmarł na Kołymie w 1940 r.

Zaproszenie dla Dmowskiego

Rodzinie Lutosławskich – nie bez problemów – udało się wrócić do Polski. Wdowa po Józefie, Maria z Olszewskich, zamieszkała z trzema synami w Warszawie. Miała ukończone studia medyczne w Zurychu, tam zresztą poznała i poślubiła męża. Jeszcze w Moskwie pracowała w jednym ze szpitali, w Polsce zatrudniła się jako lekarka szkolna.

W okresie II Rzeczypospolitej rodzinny majątek Lutosławskich żył głównie dawną świetnością. W Drozdowie gospodarował teraz Mieczysław Niklewicz, który poślubił Marię, z hiszpańska zwaną Manitą, córkę Sofityny i Wincentego Lutosławskich. Częstym gościem dworu w Drozdowie był w tamtym okresie Roman Dmowski, zresztą ojciec chrzestny urodzonej w 1911 roku córki Niklewiczów.

„Kochał nas jak dzieci, a później z kolei kochał nasze dzieci, które wychowywał jak własne – wspominała siostra Niklewiczowej, Izabela – wyrabiając w nich prostotę, hart, rzetelność, a przede wszystkim odpowiedzialność". W Drozdowie Roman Dmowski spędził też ostatnie miesiące życia, tu zmarł 2 stycznia 1939 roku. I tu rozpoczęły się zorganizowane z wielką starannością uroczystości pogrzebowe przywódcy Stronnictwa Narodowego.

Wielka musiała być w Witoldzie Lutosławskim siła desperacji, która skłoniła go do tak czynnego udziału w poczynaniach opozycyjnych – napisała Julia Hartwig we wstępie do wydanego kilka lat temu „Postscriptum" o kompozytorze. – I trzeba powiedzieć, że wywiązywał się z podejmowanych przez siebie społecznych obowiązków jak najsumienniej". Jeśli dziś znamy dokładnie dzieje całej rodziny Lutosławskich, łatwiej nam zrozumieć tę konsekwentną postawę wielkiego kompozytora. To, co robił, uważał po prostu za naturalny obowiązek, nie zabiegał przy tym o uznanie, popularność czy sławę. Tak samo postępowali jego przodkowie.

O sobie samym mówi kompozytor niewiele i tylko to, co dotyczy poszukiwań twórczych, choć czasami – jakby między wierszami – w tych wypowiedziach można było znaleźć odniesienie do osobistych przeżyć i wartości wyniesionych z rodzinnego domu. „W moim życiu bardzo wiele czasu zostało zmarnowane – powiedział kiedyś. – Mam na myśli dosyć trudne okoliczności w moich młodych latach, o których nie będę mówił, bo są to sprawy zbyt osobiste; później wojna, która ze zrozumiałych powodów przeszkodziła mi w normalnym rozwoju; lata powojenne, ciężkie i bardzo deprymujące, bo wytworzyły uczucie beznadziejności. W latach 50. myślałem, że już do końca życia będę pisał do szuflady, a tylko moja muzyka użytkowa będzie wykonywana. Te wszystkie przeszkody i starty intensywnej i prawdziwej pracy kompozytorskiej wytworzyły u mnie świadomość zaległości. Stąd zrodziła się u mnie taka intensywność i koncentracja w pracy, pozwalając dogonić stracone lata".

Ta intensywność była wszakże cechą Lutosławskich. Tak samo jak poczucie obywatelskiej godności, której świadectwo dał Witold zarówno w latach 50., wycofując się z czynnej działalności, jak i w stanie wojennym. „Nie chciałem występować na tym samym ekranie – wspominał swój udział w bojkocie telewizji – z którego byłem obrażany, lżony czy wyśmiewany, wprawdzie nie osobiście, ale w swoich przekonaniach czy uczuciach. Moja rola jest tutaj bardzo skromna, ale zdaję sobie sprawę, że skoro jestem człowiekiem, który występuje publicznie ze swoją sztuką i ze swymi wypowiedziami, nie może być bez znaczenia, jak się zachowuję jako obywatel tego kraju. Mam oczywiście na myśli nie PRL, ale Rzeczpospolitą Polską".

Kobiety na całe życie

Osobnego opisania godne są kobiety Lutosławskich, w tym Danuta, żona Witolda. Poznał ją w czasie okupacji podobno poprzez innego słynnego kompozytora Andrzeja Panufnika. Obaj grywali wówczas razem w jednej z warszawskich kawiarni, tworząc duet fortepianowy. Była siostrą Stanisława Dygata, przyjaciela Panufnika z dzieciństwa.

Znalazł w niej partnerkę na życie.  Wspierała go, konsekwentnie pozostając w cieniu. Z oddaniem podporządkowała swoje życie Witoldowi. „Przepisywała jego partytury, towarzyszyła mu w podróżach, załatwiała codzienne sprawy – pisała Julia Hartwig. – Harmonia ich współżycia była dostrzegalna dla wszystkich, którzy ich otaczali, biła w oczy, rozgrzewała serce. Rozumieli się w pół słowa i mieli też równie niezawodne poczucie humoru. Nigdy nie zapomnę, jak po wysłuchaniu jakiegoś żartu zwracali się ku sobie twarzami, śmiejąc się jakby jedno do drugiego i wspólnie oceniając to, co usłyszeli".

Takie były wszystkie kobiety w tej rodzinie. Może umiejętność ich wynajdywania męscy potomkowie Lutosławskich mieli zapisane w genach?

Korzystałem z pracy „Lutosławscy w kulturze polskiej" wydanej przez Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Przyrody w Drozdowie w 1998 roku.