Najczęściej o wyjeździe decydowali rodzice, często już jakoś zakotwiczeni na Zachodzie, mający krewnych w Niemczech, Belgii czy Ameryce. Dzieci ruszały z nimi skuszone perspektywą plastikowych bibelotów, samochodzików na resorach i lalek Barbie. Były jakieś dramatyczne pożegnania, łzy, zapewnienia w stylu „nie zapomnę o was", przez jakiś czas efektowne widokówki, a potem zwykle koniec, milczenie. Pamiętaliśmy o nich, ale też do czasu, bo życie toczyło się dalej. A poza tym, im bardziej się wkraczało w naszą polską dorosłość, tym trudniej było zrozumieć to „nagłe" odnajdywanie niemieckich korzeni, tę radość, z jaką pędzili na zmywak do Hamburga czy do chicagowskiej rzeźni.