Przyłączam się do skromnych życzeń prezydenta Zełenskiego, żeby Putina szlak trafił. Ale wiadomo, że to nie wystarczy, choć może to być pierwszym krokiem w dobrym kierunku. Rewolucja 1917 r. w Rosji zaczęła się wszakże od początków militarnej klęski Imperium Rosyjskiego. Klęski jeszcze nie było, ale już się ją czuło w powietrzu, a zwłaszcza w okopach. Na front przysyłano niewyszkolone dzieci bez właściwego uzbrojenia, w okopach było zimno i głodno, a podoficerowie i oficerowie stawali się coraz okrutniejsi, wiedząc, że własną głową odpowiadają za każdy krok do tyłu. Tak jak dzisiaj, z tą różnicą, że obok wyłapywanych do wojska dzieci żołnierze widzą koło siebie współtowarzyszy w innych kolorach, niemówiących po rosyjsku. Federacja Rosyjska sprowadza, płacąc im stosunkowo dużo, biedaków z Indii, Bangladeszu i różnych krajów afrykańskich i zamiast do obiecanych fabryk posyła ich prosto na front. Rządy Kuby i Korei Północnej posyłają do Rosji to samo mięso armatnie, inkasując jednak pieniądze do kieszeni państwowych.