Ten wywiad przeprowadziłem jako student, dla wydawanego przeze mnie pisma „Mishellanea”. Pamiętam telefon od Kapuścińskiego: zaprosił mnie do swojej pracowni. Gdy wszedłem, zdjął mi płaszcz i uśmiechnął się – tym samym uśmiechem, od którego zaczyna się „Non-fiction” Artura Domosławskiego. Ale zaraz potem wydarzył się 11 września. Dwie wieże World Trade Center runęły i wszystko ucichło. Nie można już było mówić o Ameryce bez tego wydarzenia, a Kapuściński, próbując „ogarnąć świat”, nie znalazł czasu, żeby drugi raz autoryzować wywiad. Z perspektywy niemal ćwierćwiecza okazuje się, że miał rację: nawet największe wydarzenia nie zmieniają kultury. „Kultura okazała się zdumiewająco trwała. Jej wpływ nie słabł pomimo kolejnych bitew. Stąd bardziej niż rewolucja interesuje mnie to, co było przed nią; bardziej niż wojna – to, co zostaje po niej” – powiedział mi. Dziś Stany Zjednoczone znów mówią głośno – może głośniej niż kiedykolwiek. Znów są podzielone – może jeszcze bardziej. Trzeci Świat znów przenika do ich środka. Ale ich optymizm wciąż popycha je do przodu. Jeszcze bardziej niż kiedyś.