Jan Maciejewski: Bluźnierscy mieszczanie

Chrześcijaństwo nie jest systemem moralnym. Będąc czymś dużo większym, zwiastunem jakiegoś nieskończenie wyższego powołania, Kościół musi być przez mieszczańską moralność odrzucany.

Publikacja: 10.11.2023 17:00

Jan Maciejewski: Bluźnierscy mieszczanie

Foto: Fotorzepa/Robert Gardziński

Większa jest radość w Królestwie Niebieskim z jednego, porządnego bluźniercy niż ze stu fałszywych wierzących. Słuchanie tych drugich jest jak przebywanie w towarzystwie starzejącej się matrony, w oparach zbyt mocnych perfum i kwaśniejącego oddechu. Wszystko tu jest mdłe i bez wyrazu. Zanim taki dojdzie do tego, o co właściwie mu chodzi, przedrze się przez gęsty las „życzliwych zastrzeżeń” i „ważkich wątpliwości”, dziesięć razy zdążysz usnąć. Bo na koniec tego długiego, erudycyjnego dnia idzie zawsze o to samo, przekazanie słuchaczom i czytelnikom komunikatu: „no dobra, jestem wierzący, ale czy mimo wszystko możecie mnie jednak polubić? Będę grzeczny, obiecuję”.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Synowie Medei, nasi bracia

Spotkanie z bluźniercą jest po takim seansie brodzenia w letnim budyniu ożywcze jak porządne trzaśnięcie w gębę. Otwierasz szerzej oczy, rozglądasz się czujnie dookoła – nareszcie coś się dzieje. Z nim przynajmniej da się pogadać, bo on nawet całkiem sporo rozumie – problem polega tylko na tym, że wszystko na opak. Ale wciąż przeskoczyć z głowy na nogi jest łatwiej, niż wyplątać się z gęstej sieci uników i niuansów.

A więc tak: lubię bluźnierców. Nawet jeśli pozostają odrobinę zbyt – na mój gust – zachowawczy, jak choćby autorzy książki „Chrześcijaństwo. Amoralna religia”. W czasach, kiedy byle gąska potrafi rzucić publicznie, że katolików powinniśmy się obawiać dużo bardziej niż satanistów, bluźnierstwa Nowaka i Ziemińskiego wydają się nieco zjełczałe. No bo, co my tu mamy poza wyrażoną na okładce sugestią, że Jezusa należałoby dla dobra społeczeństwa odeń odizolować? Że stosował „mowę nienawiści”, strasząc ludzi piekłem, i że Ewangelia nie jest dostosowana do wymogów nowoczesnego, „włączającego”, empatycznego społeczeństwa? Że Chrystus zamiast drżeć o to, by nikogo nie urazić, próbował wszystkich zbawić? Że wystawiał swoich słuchaczy na ryzyko dyskomfortu, wzywając do nawrócenia, i do dziś traumatyzuje małe dzieci, patrząc na nie z wysokości krzyża, półnagi i zmasakrowany.

W czasach, kiedy byle gąska potrafi rzucić publicznie, że katolików powinniśmy się obawiać dużo bardziej niż satanistów, bluźnierstwa Nowaka i Ziemińskiego wydają się nieco zjełczałe. 

Nie stać was na więcej? Nawet kiedy nazywacie św. Augustyna absolutną „patolą”, od razu przepraszacie za niewłaściwy dobór słownictwa. Ale i tak nie można wam zarzucić braku „cojones”. W końcu obrażanie Jezusa w katolickiej Polsce wymaga nie lada odwagi. Co innego wyskoczyć z książką o niemoralności islamu w takiej Francji, zakryć czarnym paskiem oczy Mahometa. To by nawet najbardziej strachliwy potrafił. Co tam chłopaki z maczetami, wy rzucacie prawdę między oczy paniom w moherowych beretach.

Jest w tej książce, a raczej w nastroju, z którego wyrasta i jaki próbuje zmonetyzować, coś ciekawszego niż ona sama. Ziarno prawdy ukryte pod stosem ateistycznych „mundrości”, z jakimi ostatni raz dane mi było zetknąć się w podobnym stężeniu w czasach gimnazjum. Faktycznie, chrześcijaństwo nie jest systemem moralnym. Nigdy nie było ani nie będzie. Będąc czymś dużo większym, zwiastunem jakiegoś nieskończenie wyższego powołania, Kościół musi być przez mieszczańską moralność odrzucany. Tym, co ją rozsadza, naraża człowieka na dyskomfort, utratę dobrego samopoczucia, jest wiara w życie pozagrobowe. Gdyby tego nie było, gdyby nie skala bólu albo radości, które mogą nas czekać na tamtym świecie, moglibyśmy rzeczywiście uznać Jezusa za przemocowca.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Szkodliwy manicheizm „Zielonej granicy”

Jeśli z czymś mielibyśmy porównać stosunek między ziemską moralnością a wiarą, to przychodzi mi na myśl tylko skok o tyczce. Moralność jest rozbiegiem, wstępem, nabraniem tempa do skoku wiary. Wzbijania się nad ziemię, szybowania ku górze. Moralność bez wiary, bez tej długaśnej i niepraktycznej tyczki, jest spacerem po bieżni. Bez ryzyka, bez trudu, bez lotu. Nic nam tu nie zagrozi, najwyżej rozwiązane sznurówki. Tylko ta wisząca gdzieś wysoko i daleko na horyzoncie belka – trzeba by się jej pozbyć – psuje dobry nastrój. Jest taka nieinkluzywna, rzuca przemocowy cień na nasz beztroski spacer. Sugeruje, że mogliśmy biegać i skakać, podczas gdy tak wygodnie drepce się w kółko.

Większa jest radość w Królestwie Niebieskim z jednego, porządnego bluźniercy niż ze stu fałszywych wierzących. Słuchanie tych drugich jest jak przebywanie w towarzystwie starzejącej się matrony, w oparach zbyt mocnych perfum i kwaśniejącego oddechu. Wszystko tu jest mdłe i bez wyrazu. Zanim taki dojdzie do tego, o co właściwie mu chodzi, przedrze się przez gęsty las „życzliwych zastrzeżeń” i „ważkich wątpliwości”, dziesięć razy zdążysz usnąć. Bo na koniec tego długiego, erudycyjnego dnia idzie zawsze o to samo, przekazanie słuchaczom i czytelnikom komunikatu: „no dobra, jestem wierzący, ale czy mimo wszystko możecie mnie jednak polubić? Będę grzeczny, obiecuję”.

Pozostało 86% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
J.D. Vance. Nawrócony na Trumpa
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Plus Minus
Atomowe szachy poza kontrolą
Plus Minus
„Wracamy do Przodownika”: Dobre żarty z piwnicy
Plus Minus
Jan Bończa-Szabłowski: Lubił zapach pomarańczy
Plus Minus
Biolog uzbrojony w pistolety