Zapomniany współtwórca KOR

W sporach o powstanie KOR-u najczęściej padają nazwiska z jednej strony Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego, a z drugiej Jacka Kuronia. O Wojciechu Onyszkiewiczu mało kto pamięta.

Aktualizacja: 11.09.2016 07:13 Publikacja: 11.09.2016 00:01

Starszyzna KOR-u, od lewej: Piotr Naimski, Józef Rybicki i Wojciech Onyszkiewicz. Na podłodze - Jan

Starszyzna KOR-u, od lewej: Piotr Naimski, Józef Rybicki i Wojciech Onyszkiewicz. Na podłodze - Jan Lityński. Rok 1981

Foto: Zbigniew Garwacki/Fotonova

Tymczasem to do niego jako pierwszego zwrócił się w lipcu 1976 r. Antoni Macierewicz w sprawie pomocy dla represjonowanych robotników. Propozycja padła w czasie wieczornego spaceru po Muranowie, gdzie mieszkał Onyszkiewicz. Z Macierewiczem przyjaźnili się i znali się od lat: ze środowiska Czarnej Jedynki – słynnej drużyny harcerskiej – oraz studiów historycznych.

„Pamiętam długi wieczorny spacer po placu koło pomnika Bohaterów Getta. I wybór, którego trzeba było dokonać" – wspominał Onyszkiewicz. „Albo zaangażuję się w zorganizowanie akcji pomocy, działanie zgodne z najbardziej elementarnymi moralnymi odruchami, ale na pewno od razu pożegnam się z bardzo ważnym działaniem w Czarnej Jedynce, a w dalszej kolejności z niedawno rozpoczętą pracą w Instytucie Badań Pedagogicznych, a kiedyś może też z wolnością, albo odmówię. Nie będzie żadnych represji, lecz nie pozbieram się ze wstydu".

Onyszkiewicz czuł, że gdyby odmówił, to i tak nie mógłby działać dalej w harcerstwie, bo zaprzeczyłby wartościom, które starał się wpajać innym. Dla Macierewicza udział w akcji Onyszkiewicza miał bardzo istotne znaczenie ze względu na samo zaangażowanie przyjaciela, jak i rolę, jaką odgrywał on w harcerstwie. „Pamiętam, że z wielką ulgą przyjąłem to, że się zgodził" – wspominał Macierewicz.

W tych dniach w warszawskim sądzie na Lesznie rozpoczął się proces uczestników Czerwca '76 z Ursusa. Na korytarzu w geście solidarności pojawiało się wielu ludzi związanych z opozycją: z kręgu Czarnej Jedynki (m.in. Macierewicz i Ludwik Dorn), Jacek Kuroń wraz z dawnymi „komandosami" (m.in. Adamem Michnikiem i Sewerynem Blumsztajnem), działacz warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej Henryk Wujec oraz znany literaturoznawca, związany z opozycją Jan Józef Lipski.

Któregoś dnia po rozprawie spotkali się Macierewicz, Kuroń, Lipski i Jan Lityński. Zgadzali się oni co do potrzeby zorganizowania akcji pomocy dla represjonowanych i ich rodzin, chociaż jedynie Macierewicz uważał jej natychmiastowe zorganizowanie za możliwe. Pozostali sądzili, że odpowiednią liczbę uczestników uda się zmobilizować dopiero po wakacjach. Macierewicz i Onyszkiewicz postanowili jednak nie czekać i rozpocząć akcję.

Macierewicz wciąga do akcji

W plany organizowania pomocy wprowadzani byli głównie harcerze z kręgu Czarnej Jedynki. Wielu ludzi z innych środowisk, często nie wiedząc o akcji, rozjechało się na urlopy. Wkrótce w Warszawie nie było dwóch liderów środowiska „komandosów". Kuroń został jeszcze w lipcu wcielony do wojska, a Michnik w sierpniu wyjechał na Zachód, gdzie nawiązywał kontakty z liderami polskiej emigracji i organizował wsparcie dla represjonowanych.

Jako pierwszy szukać kontaktu z represjonowanymi pracownikami Ursusa pojechał właśnie Onyszkiewicz. Rodzina, do której się udał, mieszkała pod Żyrardowem. „Pamiętam wąską ścieżkę i mój strach, jak to wszystko będzie. [Trafiłem] do domu, który już wie, że należy się bać, przychodzi obcy chłopak, nie bardzo potrafiący wytłumaczyć, skąd jest i dlaczego należy mu uwierzyć. Pamiętam przeraźliwy smutek odwiedzanego miejsca i bardzo szybko wyraźną radość, że ktoś przyszedł z pomocą" – wspominał. Opozycjonista wracał do Warszawy pełen satysfakcji.

Wkrótce do akcji pomocy Macierewicz wciągał kolejne osoby: najpierw Piotra Naimskiego (wrócił wówczas ze Szwecji) i Dariusza Kupieckiego. Oni wraz z Macierewiczem i Onyszkiewiczem koordynowali akcję pomocy. Uczestniczyło w niej wówczas kilkadziesiąt osób, m.in. Ludwik Dorn, Wojciech Fałkowski i Mirosław Chojecki, którego zresztą do współpracy ściągnął Onyszkiewicz.

Młodzi opozycjoniści zapewniali represjonowanym różnego rodzaju pomoc: finansową, prawną, niekiedy lekarską. Czasem chodziło po prostu o pomoc w przerzuceniu węgla, czego w rodzinie aresztowanego nie miał kto zrobić. Jednocześnie opozycjoniści zbierali informacje na temat represji stosowanych w Czerwcu '76 i kolejnych tygodniach wobec tamtejszych robotników, m.in. o słynnych „ścieżkach zdrowia".

Pod koniec lipca do Ursusa z pomocą zaczęli jeździć ludzie związani z KiK – z Henrykiem Wujcem na czele – i innymi kręgami młodej opozycji (m.in. Helena i Witold Łuczywo związani ze środowiskiem „komandosów"). Szczególną aktywność w „akcji ursuskiej" wykazywał Wujec, który o planach akcji dowiedział się już w sądzie na Lesznie od Macierewicza, który skierował go do Onyszkiewicza.

Wujec sądził, że chodzi o jakiegoś starszego harcmistrza. Kiedy po powrocie z urlopu spotkał się z Onyszkiewiczem, zdziwił się, że to człowiek młodszy od niego. Niedługo potem zaczęli w sprawach Ursusa jeździć razem; od września to właśnie oni dwaj kierowali „akcją ursuską".

„Radom siny jak zbite pałką ludzkie plecy" – to nie licentia poetica barda opozycji Jana Krzysztofa Kelusa, ale rzeczywistość, którą młodzi opozycjoniści zastali w tym mieście. Sytuacja tam była znacznie gorsza niż w Ursusie. Wyjazdy z pomocą do Radomia zaczęły się dopiero pod koniec sierpnia, kiedy okazało się, że jeden z represjonowanych z Ursusa siedział w areszcie z kimś stamtąd i przekazał kontakt.

Radom „obsługiwała" nieco inna ekipa – kluczową rolę odgrywały w niej osoby z innych środowisk niż Czarna Jedynka, m.in. niektórzy „komandosi". Onyszkiewicz jako główny organizator pomocy dla Ursusa do Radomia nie jeździł, żeby nie zwiększać ryzyka wpadki osoby tak istotnej dla całej akcji.

To, co młodzi warszawscy intelektualiści zastali w Radomiu, mogło przerażać. Chodzi nie tylko o znacznie bardziej brutalne represje, ale też znacznie większą niż w Ursusie atomizację społeczną (często robotnicy pracujący obok siebie nie znali swoich nazwisk) i trudno wyobrażalną nawet na ówczesne warunki Polski Ludowej biedę.

Zrujnowane kamienice, woda dowożona do domów beczkowozami, skrajnie niskie płace, ubikacje na zewnątrz budynków, drewniane budki, w których mieszkali robotnicy, zawilgocone maleńkie izby pełne dzieci, odpadające tynki, klepiska zamiast podłóg – tak wyglądała radomska codzienność „drugiej Polski" Edwarda Gierka. Ludzie podchodzili do przybyszów z Warszawy z jeszcze większą nieufnością niż w Ursusie; byli bardziej zastraszeni, trudniej przyjmowali pomoc. Mimo to jakoś udawało się z nimi nawiązywać kontakty.

Zakładamy komitet we trzech

Wraz z rozwijaniem się akcji pomocy powstała idea powołania ciała, które poprzez autorytet swoich członków uwiarygodniałoby całą akcję. Zwolennikami tego pomysłu byli przede wszystkim Macierewicz (pomysłodawca i autor nazwy Komitetu Obrony Robotników) oraz Naimski i Onyszkiewicz. Kuroń tę ideę popierał, ale na ogół nie uczestniczył w rozmowach, bo cały czas był w wojsku. Na początku września zaczęło się kompletowanie członków komitetu mających znane, przynajmniej w środowiskach inteligenckich, nazwiska. Wielu z kandydatów miało opory. W czasie zebrania 12 września, które odbyło się u ekonomisty prof. Edwarda Lipińskiego z udziałem związanych z opozycją intelektualistów, pojawiły się liczne wątpliwości. Obawiano się, że władza odbierze to jako prowokację i pretekst do ostrych represji. W spotkaniu następnego dnia u związanej z opozycją adwokat Anieli Steinsbergowej wziął udział Jacek Kuroń, który wsparł dążenia młodych do zakładania komitetu i namawiał ich do twardej postawy wobec wahających się starszych działaczy.

Macierewicz, Naimski i Onyszkiewicz postanowili, że nie muszą oglądać się na postawy niezdecydowanych „starszych państwa" i mogą coś zrobić samemu. „Kilka dni później spotkaliśmy się we trzech u mnie w domu, Wojtek Onyszkiewicz, Antek i ja. Postanowiliśmy, że zakładamy komitet we trzech" – wspominał Naimski.

Konsultowali się jeszcze z Kuroniem (przebywającym na przepustce) i Lipskim, którzy zdecydowali się ich poprzeć. Zdecydowano, że komitet powstanie niezależnie od tego, czy starsze i bardziej znane osoby zdecydują się go poprzeć. „Starsi państwo" dostali już inną propozycję: przyłączenia się do tej inicjatywy.

Ostatecznie „Apel" zawierający krótki, ale bardzo treściwy opis represji oraz informację o powołaniu KOR-u i jego programie podpisało kilkanaście osób. Oprócz Kuronia, Lipskiego, Macierewicza i Naimskiego sygnatariuszami byli dowódca warszawskiego Kedywu Józef Rybicki, ks. Jan Zieja, związany z KiK Wojciech Ziembiński, grupa przedwojennych socjalistów: dawny poseł na Sejm II RP Adam Szczypiorski, skazany w procesie szesnastu Antoni Pajdak, adwokaci Ludwik Cohn i Aniela Steinsbergowa oraz Edward Lipiński, a także pisarz Jerzy Andrzejewski, aktorka Halina Mikołajska, wreszcie – poeta Stanisław Barańczak.

Nazwisko Onyszkiewicza nie znalazło się pod apelem ze względów bezpieczeństwa. Ważne było, żeby w razie aresztowań miał kto koordynować akcję pomocy. Onyszkiewicz jako jedyny z trójki inicjatorów powstania komitetu miał w domu telefon, co sprawiało, że jego aresztowanie byłoby bardzo dotkliwe dla akcji.

Formalni członkowie KOR-u mieli tworzyć pewną „czapę" stojącą nad szerszym ruchem złożonym z jego nieujawniających się współpracowników. To ci ostatni zajmowali się organizowaniem pomocy oraz tworzeniem pierwszych pism niezależnych – „Komunikatu" i „Biuletynu Informacyjnego". Niezależnie od aktywności kolejnych członków KOR-u formalnie włączano w jego skład powoli. Najczęściej działo się to po pierwszych represjach, kiedy umieszczenie nazwiska w składzie komitetu dawało pewną ochronę.

Tak też się stało z Onyszkiewiczem, który został członkiem KOR-u w styczniu 1977 r., kiedy władze zdały sobie sprawę z jego zaangażowania, na co dowodem była najpierw rewizja, a potem zatrzymanie na 48 godzin. „Sam widziałem, jak znajomi zaczynali unikać kontaktu ze mną, jako z tym, który wychylił się za bardzo" – wspominał.

Szczególnie dotkliwe było wyrzucenie z szeregów ZHP w kwietniu 1977 r. na wniosek harcmistrza z Komendy Hufca im. Szarych Szeregów. Z pracy zrezygnował sam, żeby móc w pełni poświęcić się akcji pomocy; żył z korepetycji z historii. W jego mieszkaniu parokrotnie przeprowadzono rewizję; wielokrotnie go zatrzymywano, a wiosną 1980 r. nawet pobito.

Pod każdą kapliczką głodówka

Działacze KOR-u opisywali Onyszkiewicza jako człowieka pełnego energii, zapalającego się do tworzenia coraz to nowych inicjatyw. Jednym z jego bardziej udanych akcji był list pracowników „Ursusa" do Edwarda Gierka z jesieni 1976 r. z apelem o przywrócenie do pracy zwolnionych kolegów. Chodziło o zorganizowanie tamtejszego środowiska do działania.

List napisał Wojciech Onyszkiewicz wraz z kilkoma innymi współpracownikami KOR-u. Następnie rozpoczęto akcję zbierania podpisów. Nie było to łatwe. „Początkowo podpisy pod listem zbierane były w najbliższym otoczeniu hali, tam, gdzie ludzie najlepiej się znali: łączność między poszczególnymi halami musieli zapewniać ludzie KOR-u" – wspominał Onyszkiewicz.

Udało się uzyskać prawie 900 podpisów, co było ogromnym sukcesem utrudniającym rządzącym budowanie propagandowej narracji, w myśl której opozycyjni politykierzy mieli samowolnie wtrącać się w sprawy robotników.

Akcja była niezwykle udana, chociaż za jej zorganizowaniem stał pewien podstęp. Według wspomnień Wujca Onyszkiewicz mówił mu, że rozmawiał z tamtejszymi robotnikami, którzy zaproponowali mu napisanie takiego listu. Później się okazało, że w rzeczywistości Onyszkiewicz rozmawiał o tym tylko z... jednym robotnikiem.

Kilku działaczy KOR-u wspomina o pomysłach Onyszkiewicza z maja 1977 r. Wówczas po tajemniczej śmierci współpracownika komitetu Stanisława Pyjasa pojechał on do Krakowa i wziął udział w tamtejszych protestach. Szedł wówczas na czele jednego z pochodów.

Samochód, którym wracał, miał wypadek. Ciężko połamany i unieruchomiony w łóżku Onyszkiewicz nie mógł uczestniczyć w protestach w obronie aresztowanych kolegów, co bardzo mu doskwierało. „I z tego leżenia, z niemożności działania zaczął świrować – gotów był natychmiast robić rewolucję" – wspominała z ironią Ludwika Wujec. Zbigniew Romaszewski twierdził, że pomysł Onyszkiewicza polegał na ustawieniu w wielu miastach w Polsce kapliczek i organizowaniu przy nich wszystkich... głodówek.

Ogromnym sukcesem zakończyła się natomiast inna ówczesna idea Onyszkiewicza. „Lato, cisza, przeraźliwy smutek sprawionego zawodu (ocalały członek młodego KOR-u, który nie potrafił skutecznie zastąpić aresztowanych kolegów). I rosnące, coraz głębsze przekonanie, że następnym krokiem powinno być stworzenie pisma, które »samo« zorganizuje robotników, dokładnie tak jak nas wtedy uczyły do znudzenia czytanki o młodym Leninie" – wspominał.

Do tego samego sprowadzała się zresztą tradycja legendarnego „Robotnika" PPS tworzonego przez Piłsudskiego. Taką właśnie nazwę przyjęło pismo, którego stworzenia Onyszkiewicz był inicjatorem.

Korowski „Robotnik" jako jedyne pismo niezależne rozchodził aż w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Onyszkiewicz od pierwszego wydanego we wrześniu 1977 r. numeru był w grupie osób znajdujących się w stopce redakcyjnej. Jego rola sprowadzała się do spraw organizacyjnych, niezależnym dziennikarstwem zajmowali się w nim głównie Lityński, Ludwika Wujec oraz Helena Łuczywo.

Mimo to udział w jego tworzeniu był dla Onyszkiewicza jednym z najważniejszych doświadczeń. Do dzisiaj, jak mi powiedział, żałuje jedynie, że nie nauczył się pisać artykułów i redagować gazety, żeby realnie uczestniczyć w pracach redakcyjnych.

Latem 1977 r. w ramach amnestii na wolność wyszli aresztowani działacze KOR-u i ostatni uczestnicy Czerwca '76. Jeden z głównych celów komitetu został więc zrealizowany. W związku z tym we wrześniu 1977 r. zmieniono formułę działania, tworząc Komitet Samoobrony Społecznej „KOR", który miał się zajmować wspieraniem wszelkich działań niezależnych i opozycyjnych, dokumentowaniem łamania praworządności oraz walką o przestrzeganie praw człowieka. Wokół KOR-u funkcjonowało z czasem coraz więcej różnych inicjatyw.

Wokół jednej z nich – pisma „Głos" – rozpoczął się konflikt wewnątrz środowiska korowskiego między otoczeniem Macierewicza a kręgiem Michnika (który w 1977 r. wrócił do kraju i stał się czołowym działaczem KOR-u) i Kuronia. Pierwsi na ogół opowiadali się za silniejszym akcentowaniem tradycji niepodległościowych oraz krytykowali tradycję rewizjonistyczną, z której wywodził się przede wszystkim Kuroń.

„Głos" dość szybko stał się pismem związanym z grupą Macierewicza. Onyszkiewicz, chociaż wywodził się z Czarnej Jedynki, nie należał do tej grupy. Wszedł do redakcji „Głosu", ale podobnie jak Jan Józef Lipski jego pozostawał tam głównie z myślą łagodzeniu konfliktu wewnątrz środowiska korowskiego.

Bibuła dla niewidomych

Wraz z upływem lat od powstania KOR-u związki Onyszkiewicza z Macierewiczem słabły. Nie znaczy to, że Onyszkiewicz należał do najbliższego kręgu Kuronia i Michnika. W niektórych sprawach spornych zgadzał się z jednym środowiskiem, a w innych z drugim.

Onyszkiewicz doceniał rolę obu liderów dwóch „skrzydeł" w komitecie: „Wśród tzw. młodego KOR-u ogromną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Poza tym, że był nieformalnym rzecznikiem Komitetu – gdy pojawiał się jakiś problem, zawsze pierwszy zajmował stanowisko. Pisał tekst – zazwyczaj z gruntu niesłuszny, ale stanowiący punkt wyjścia. Efekt finalny zasadniczo różnił się od pierwowzoru, ale dzięki Jackowi spotkania plenarne zaczynały się od czegoś konkretnego. Zresztą trzeba mu przyznać, że posiadał wyjątkową zdolność do przyjmowania opinii innych, jeżeli były słuszne. Nie potrafił tego Antek Macierewicz, za to był w stanie zaproponować rozwiązanie jakiegoś problemu bardzo bliskie temu, co ostatecznie przyjmowaliśmy".

Może właśnie ten brak politycznej wyrazistości i wyważone wspomnienia Onyszkiewicza sprawiają, że poza historykami niewiele osób o nim pamięta. Niektórzy nawet mylą go innym opozycjonistą, a później znanym politykiem Januszem Onyszkiewiczem. Zbieżność nazwisk jest przypadkowa.

Zapewne najbliższy z czołowych postaci komitetu Onyszkiewiczowi stał się Jan Józef Lipski, który zresztą wkrótce stał się jego... teściem. Żoną Wojciecha Onyszkiewicza została Agnieszka Lipska, córka Jana Józefa. Od jesieni 1978 r. oboje mieszkali w Lublinie, bo ona studiowała na KUL-u. Często jeździli do Warszawy, ale działalność opozycyjną prowadzili również na miejscu. Onyszkiewicz kontaktował się z tamtejszymi środowiskami opozycyjnymi, wpadł nawet w Lublinie na pomysł stworzenia pisma niezależnego dla... niewidomych „Wolna Taśma", nagrywanego na kasetę, ale do realizacji tego pomysłu nie doszło.

Duży rozmach miała natomiast organizowana przez niego akcja w obronie działacza niezależnego ruchu rolniczego Jana Kozłowskiego, skazanego w 1979 r. Onyszkiewicz sam rozlepiał ulotki, ale też zaangażował w tę sprawę różne środowiska: ludzi z pisma „Spotkania" czy księży, którzy odprawiali msze w jego intencji. To jego inicjatywą był list w obronie Kozłowskiego podpisany przez wiele znanych osób (nie tylko z kręgów opozycji). Kozłowski nie wyszedł na wolność, ale mobilizacja lublinian przyniosła efekt w lipcu kolejnego roku, kiedy to główne ognisko protestów chłopskich stanowiła właśnie Lubelszczyzna.

Korzystając ze zbudowanej m.in. właśnie przy akcji w obronie Kozłowskiego sieci kontaktów, Onyszkiewicz zorganizował niezwykle prężnie działającą grupę, która zbierała informacje o protestach, wspomagała tworzenie komitetów, nawiązywała kontakty z ich przywódcami.

Wszystkie informacje Onyszkiewicz przekazywał telefonicznie Jackowi Kuroniowi. Dzięki temu za pośrednictwem warszawskiej „centrali" u Kuronia o strajkach na Lubelszczyźnie szeroko informowało Radio Wolna Europa.

Lata 80. w opozycyjnej działalności Onyszkiewicza były mniej znaczące. Oczywiście aktywnie działał w „Solidarności". Chyba jedyny raz w życiu pracował w wyuczonym zawodzie: w Komisji Historycznej Regionu Mazowsze. Uniknął internowania, dość długo się ukrywał. W podziemiu nie odgrywał jednak tak istotnej roli jak wcześniej, chociaż brał udział w pracach grupy, zbierającej informacje o represjach. Poświęcił się rodzinie, zajął się dwoma synami, kiedy jego żona kończyła studia. W 1989 r. działał w Komitecie Obywatelskim, uczestniczył w organizacji wyborów.

Inaczej niż wielu kolegów z KOR-u nie został ani znanym dziennikarzem, ani tym bardziej politykiem. Działał w organizacjach charytatywnych, m.in. współtworząc bank żywności, w ramach którego rolnicy w zamian za organizację wycieczek po Warszawie dla ich dzieci przekazywali biednym żywność.

Podobnej aktywności Wojciech Onyszkiewicz poświęca się w dużej mierze do dziś. Tak jak w 1976 r. w Ursusie – pomaga ludziom. Do dzisiaj mieszkańcy Muranowa mogą go spotkać, kiedy szybkim krokiem z plecakiem przemierza ulice, idąc zrobić zakupy jakieś starszej pani bądź pożyczyć pieniądze komuś potrzebującemu.

Autor jest doktorem historii, pracownikiem IPN, autorem m.in. książki „Rewolucja powielaczy. Niezależny ruch wydawniczy w Polsce w latach 1976–1989" (2015). Cytowane fragmenty wspomnień pochodzą z następujących publikacji: „Całym życiem pełnić służbę... Nieznana historia Komitetu Obrony Robotników", wstęp i oprac. Justyna Błażejowska, „Arcana", nr 102, 2011; „KOR wśród antyków", oprac. Piotr Śmiłowicz, Katarzyna Madoń-Mitzner, „Karta" nr 18, 1996; „Niepokorni. Rozmowy o Komitecie Obrony Robotników", relacje członków i współpracowników Komitetu Obrony Robotników zebrane w 1981 r. przez Andrzeja Friszkego i Andrzeja Paczkowskiego, Znak, Kraków 2008; „Jeśli możesz, to odpowiadasz. Rodowody niepokornych z KOR-u", Wojciech Onyszkiewicz, „Liberte", nr 10, 2012, „Ludwika Wujec: związki przyjacielskie", rozmawia Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Tymczasem to do niego jako pierwszego zwrócił się w lipcu 1976 r. Antoni Macierewicz w sprawie pomocy dla represjonowanych robotników. Propozycja padła w czasie wieczornego spaceru po Muranowie, gdzie mieszkał Onyszkiewicz. Z Macierewiczem przyjaźnili się i znali się od lat: ze środowiska Czarnej Jedynki – słynnej drużyny harcerskiej – oraz studiów historycznych.

„Pamiętam długi wieczorny spacer po placu koło pomnika Bohaterów Getta. I wybór, którego trzeba było dokonać" – wspominał Onyszkiewicz. „Albo zaangażuję się w zorganizowanie akcji pomocy, działanie zgodne z najbardziej elementarnymi moralnymi odruchami, ale na pewno od razu pożegnam się z bardzo ważnym działaniem w Czarnej Jedynce, a w dalszej kolejności z niedawno rozpoczętą pracą w Instytucie Badań Pedagogicznych, a kiedyś może też z wolnością, albo odmówię. Nie będzie żadnych represji, lecz nie pozbieram się ze wstydu".

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
Kataryna: Niezasłużone szczęście obrońcy ministra Romanowskiego
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Plus Minus
Nowa dyrektorka PISF: Dialog i transparentność to fundamenty mojej pracy
Plus Minus
J.D. Vance. Nawrócony na Trumpa
Plus Minus
Atomowe szachy poza kontrolą
Plus Minus
Jan Bończa-Szabłowski: Lubił zapach pomarańczy