Wybrany na następcę św. Piotra dokładnie osiem lat temu, 13 marca 2013 roku, często nazywa Kościół szpitalem polowym, miejscem, które ma nieść pociechę najbardziej poranionym, najsłabszym, odrzuconym przez swoje społeczności. Wszak Chrystus nie przyszedł z posłaniem nadziei do elit ówczesnego świata, lecz do tych na marginesie: pocieszał trędowatych, prostytutki, celników. Trędowaci na mocy prawa usunięci byli ze wspólnoty, mieli obowiązek wołać „nieczysty", gdy ktoś się do nich zbliżał. Jawnogrzesznice prawo skazywało na śmierć przez ukamienowanie. Celnicy zaś byli kolaborantami zbierającymi podatki dla okupanta. Jezus nie mówił im, że mają rację, że nic złego się nie stało. Nie, ale dostrzegł w nich ludzi, przyszedł z przesłaniem miłości.

Franciszek, podobnie jak Jezus 2 tysiące lat temu, walczy ze skostnieniem religii. Zachęca hierarchię do służby – biskup ma być sługą dla księży i wiernych, a nie księciem zamkniętym w limuzynie czy eleganckim pałacu. A całemu Kościołowi przypomina, że chrześcijaństwo nie wyczerpuje się w pobożności – chrześcijanin to nie ten, który w domu się modli, lecz poza nim niczym się nie różni od innych. Chrześcijanin to ktoś otwarty na drugiego, na słabszego. Wstawia się za tymi, których większość odrzuca. Czy jest dziś słabsza istota niż nienarodzone dziecko, którego matka chce pozbawić życia? Albo starsza osoba zamknięta przez pandemię w domu opieki i zdaje się społeczeństwu już niepotrzebna? Życie jest wartością samą w sobie – uczy Franciszek. Gdy traktujemy je utylitarnie, gdy nienarodzone dzieci i osoby starsze mamy jedynie za przeszkodę na drodze do wygodnego życia, jest to zbrodnią przeciw ludzkości.




To podejście nakazuje też jednak szczególną wrażliwość wobec innych wykluczonych. Dla wielu osób homoseksualnych ich inność jest źródłem poczucia wykluczenia ze wspólnoty. Stąd Kościół nakazuje wobec nich szacunek, choć ta nauka w Polsce nieszczególnie się przyjęła. Franciszek kilka razy przypominał, że osoby homoseksualne są dziećmi Boga i On je kocha, choć katechizm czyny homoseksualne ocenia negatywnie.

Od początku swego pontyfikatu Franciszek zwracał też uwagę na los uchodźców i migrantów, którzy – najczęściej wbrew swojej woli – opuszczają swój dom, wspólnotę, kulturę i szukają schronienia w innych społeczeństwach, posługujących się innym językiem. Ta kondycja uchodźcy i migranta sprawia, że nie tylko często padają ofiarą grup przestępczych, ale też zwykłej – lecz bardzo bolesnej – ludzkiej pogardy. Tak samo na marginesie współczesnych społeczeństw znajdują się bezdomni, uzależnieni, często też trwale bezrobotni.

Intuicja Franciszka nie jest tu żadną rewolucją, jest tylko wyciągnięciem wniosku z nauki Jezusa. Jestem przekonany, że gdyby dziś przechodził ulicami naszych miast, zapytany, kim jest „bliźni", którego mamy miłować, przypomniałby, że to nie tylko małżonek, dzieci czy rodzice, ale też ci wszyscy, których społeczeństwo odrzuca – dziecko w łonie matki, gej, lesbijka, imigrant, narkoman, alkoholik, bezdomny, wszelki Inny, którego inność jest powodem odrzucenia, a zarazem źródłem cierpienia.

Jezus nikogo z odrzuconych nie potępiał, ale wzywał ich do nawrócenia.

Nie chciał konserwacji starego świata, ale domagał się rewolucji. I tego uczy Franciszek: Kościół nie ma tęsknić za dawnymi dobrymi czasami, w których wszystko było lepsze i bardziej po bożemu, ale dokonywać rewolucji w świecie. Rewolucji prawdziwie rozumianej miłości i wolności.