Abp Stanisław Gądecki – i to już po eskalacji sytuacji na granicy – wydał niezwykle mocny komunikat, w którym, owszem, wezwał do modlitwy za strzegących granicy, ale także podziękował tym, którzy niosą pomoc migrantom, oraz przypomniał, że migranci są ofiarami, a nie najeźdźcami, atakującymi czy „nachodźcami". Episkopat zarządził też zbiórkę dla potrzebujących. I od razu podniosły się głosy sprzeciwu. Tym razem ze strony wielu księży, a także deklarujących się jako katolickich polityków, którzy się domagają, żeby zamiast zajmować się migrantami, zorganizować wielkie modlitwy za wojsko i o wyzwolenie z inwazji. I nie ma co ukrywać, że jeśli popatrzeć na zwyczajnych katolików, na polskie parafie, to wydaje się, że bliżej im jest do tych ostatnich emocji niż do tego, o co proszą i apelują biskupi.

Czytaj więcej

Imigranci na granicy Polski z Białorusią
Tomasz P. Terlikowski: O migrantach językiem Ewangelii

Nie ma w tym zapewne nic zaskakującego. Lęk przed niespodziewanym, przed nieznanym jest jedną z najsilniejszych emocji. Wzmagają go jednostronne obrazy prezentowane w mediach, pokazujące sytuację tylko z perspektywy polskich służb, bo pochodzące właśnie z nagrań wojskowych. Nie ma się zatem co dziwić, że ludzie się obawiają. Nie jest też niczym zaskakującym, że wielu obawia się eskalacji – to także naturalna, nawet jeśli przesadzona reakcja na nieznane. Oczywiste jest także – i to nie ma już nic wspólnego z lękiem, ale z relacjami naturalnymi – poczucie solidarności z polskim wojskiem, ze Strażą Graniczną czy z policją. To także jest czymś oczywistym i zrozumiałym, że się ową solidarność manifestuje.

Nie ma w tym zapewne nic zaskakującego. Lęk przed niespodziewanym, przed nieznanym jest jedną z najsilniejszych emocji. Wzmagają go jednostronne obrazy prezentowane w mediach, pokazujące sytuację tylko z perspektywy polskich służb, bo pochodzące właśnie z nagrań wojskowych

Tyle że do tego wszystkiego nie jest potrzebne chrześcijaństwo. To są emocje naturalne, oczywiste, związane z zupełnie podstawową zasadą obrony swoich. Kościół ma nas jednak z tego naturalnego spojrzenia wyprowadzać i przeprowadzać ku innej, głębszej logice. Logice, która jest wbrew logice świata. Nie ma bowiem nic naturalnego w tym, by kochać swoich nieprzyjaciół, by wybaczać krzywdzącym, by nadstawiać drugi policzek. Niezgodne z logiką świata są także niezmiernie mocne wezwania proroków Starego Testamentu, którzy nieustannie wzywają do dostrzegania Boga w przybyszach i na każdą niesprawiedliwość reagują gniewem, a niekiedy wściekłością. Można też uznać, że kryteria sądu, jakie przedstawia Chrystus, nie dotyczą sytuacji społecznych, nie mają zastosowania w przypadku życia politycznego i w ogóle są sentymentalne. Ale trzeba jednak pamiętać, że one w Ewangelii są. „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie" (Mt 25,41-43) – mówił Jezus.

Czytaj więcej

Tomasz Terlikowski
Paweł M. i dominikanie. Milczenie czyni współwinnym

Można oczywiście te słowa wyeliminować z myślenia chrześcijańskiego, można uznać cytowanie ich za tani sentymentalizm. Ale jeśli z chrześcijaństwa wyeliminujemy ewangeliczne wezwanie do miłości nieprzyjaciół, do solidarności z przybyszami, do etyki wbrew logice świata, nazywanej niekiedy humanitaryzmem, pięknoduchostwem czy sentymentalizmem, a także do szacunku dla każdej osoby i widzenia w niej Chrystusa – to zostanie nam wygodna w użyciu politycznym plemienna religia tożsamości. Pytanie tylko, ile będzie ona miała wspólnego z tym, do czego zaprasza nas Chrystus? Czy nie będzie ona tylko plemiennym, pozornie schrystianizowanym pogaństwem?