Zdarzały się wcześniej lata, w których sprzedaż książek spadała, ale były to nieznaczne wahania, związane bardziej z brakiem wielkich bestsellerów niż złą koniunkturą. W 2009 roku sprzedaż spadła o 1,7 proc., w 2006 – o 3,3 proc., w 2002 – o 1 proc. Wszystkie pozostałe lata cechował wzrost. Rentowność wydawniczego biznesu sięgała średnio 15 – 17 proc. i właściwie nie było w tym segmencie żadnych upadłości. Tymczasem 2011 rok przyniósł likwidację dwóch zasłużonych oficyn – Wiedzy Powszechnej i Wydawnictw Naukowo-Technicznych, a kilka innych, takich jak choćby Państwowy Instytut Wydawniczy, jest na granicy bankructwa. Znikają nie tylko kolejne księgarnie, ale i hurtownie, w tym jedna z największych specjalizujących się w podręcznikach szkolnych – Wkra.
Dlaczego jest tak źle? Na pewno dał się we znaki wyższy VAT. Zmiana stawki z zero na 5 proc. spowodowała wzrost cen, ale przede wszystkim zamieszanie na rynku. Początek roku upłynął w księgarniach na remanentach, a niepotrzebnie wprowadzony okres przejściowy na sprzedaż ze stawką zero proc. książek wydrukowanych przed 2011 rokiem, trwający do maja, powodował chaos, zwłaszcza że często różniły się interpretacje izb skarbowych dotyczące momentu wprowadzenia książki do obrotu. W rezultacie aż do maja trwał okres niepewności, wydawcy przesuwali na później premiery ważnych tytułów, korygowali zaplanowane nakłady. Nie bez znaczenia były także ogromne wyprzedaże nie tylko w sieciach z tzw. tanią książką, ale też w zwykłych księgarniach, w tym w największych sieciach – Empiku i Matrasie. Znacząco, o ok. 20 proc., ograniczono budżety promocyjne, co skutkowało najniższą w ostatnich latach liczbą bestsellerów. Wiele ważnych książek praktycznie przeszło bez echa.
Pomimo reformy oświaty nie było oczekiwanego ożywienia na rynku książki szkolnej. Uczniowie coraz częściej obywają się bez podręczników, wiedzę czerpią z Internetu, skanują fragmenty książek czy zeszytów ćwiczeń, i ta tendencja wydaje się trwała.
Na rynku kolekcji książkowych dołączanych do gazet nie było tak dużego spadku jak w księgarniach, ale i tu wyraźnie widać stagnację.
Rynek publikacji referencyjnych, akademickich i profesjonalnych zdominowany jest przez wydania elektroniczne i serwisy online, Wikipedia od dawna jest podstawowym źródłem wiedzy, ale też coraz częściej internetowe translatory zastępują nam tradycyjne słowniki, usługi typu Google Maps z powodzeniem wypierają mapy, a rozmaite serwisy turystyczne oferują znacznie szybciej informacje niż przewodniki.
Najważniejsze pytanie dotyczy przyszłości biznesu wydawniczego. Czy spadek w 2011 roku był jednorazowy, związany przede wszystkim ze zmianą stawki VAT, czy też mamy do czynienia z trwałą tendencją? To drugie jest, niestety, bardzo prawdopodobne. Młody konsument kultury chce mieć natychmiastowy dostęp do treści, a najlepiej za darmo. Jest bardzo prawdopodobne, że książkę czeka podobny los, jaki najpierw stał się udziałem rynku fonograficznego, a następnie prasowego. Ludzie nie chcą płacić za informację, a reklamodawcy chcą płacić za kliknięcie, co powoduje, że tradycyjne media nie są w stanie utrzymać profesjonalnych redakcji, działów promocji, dystrybucji. Wysłanie pliku nic nie kosztuje, podczas gdy półka księgarska jest niebywale kosztowna – to połowa, a czasami nawet więcej, ceny książki. Na pewno wyższa stawka VAT weszła w najgorszym dla książki momencie, zwłaszcza że legalnie sprzedawane treści w pliku obłożone są stawką 23 proc., co czyni je zupełnie niekonkurencyjnymi wobec serwisów oferujących darmowe, choć nielegalnie udostępniane treści, takich jak choćby Chomikuj.pl.
Książka musi też konkurować o uwagę odbiorcy nie tylko z takimi mediami jak telewizja czy radio, z tym dobrze sobie przez lata radziła, ale także z mediami, które mają informacje tekstowe – z Wikipedią, a także z Facebookiem, Twitterem, z blogami, z nagraniami audiobooków. Czytelnik chce krótkich tekstów, chce mieć błyskawiczny dostęp do wiedzy, książka zaś jest produktem, który wymaga skupienia, czasu, ciszy. Produktem, który coraz mniej pasuje do współczesności, niestety.