Kanwą tego obrazu mają być wspomnienia córki generała, a w głównej roli wystąpić ma Bogusław Linda – pisały internetowe portale, m.in. Dziennik, NaTemat i Wirtualna Polska. Zanim Holland zdążyła się zorientować, że jednak nie zamierza zajmować się Jaruzelskim, i zdementować tę informację, także i my przyjęliśmy do wiadomości pogłoskę, iż pani reżyser zaprezentuje nam historię Hamleta w mundurze generała LWP. I ironicznie skomentowaliśmy ją na łamach „Rzeczpospolitej".
Na szczęście podana przez tak wiele mediów zapowiedź okazała się nieprawdziwa – nie będzie apologii sowieckiego namiestnika i komunistycznego tyrana. Wcześniej jednak niemal wszyscy bez mrugnięcia okiem przyjęli do wiadomości, że związana niegdyś z antykomunistyczną opozycją reżyser gotowa jest zrobić film broniący Jaruzelskiego.
Podobnie jak uwierzyliby – najpewniej – gdyby inny sławny reżyser, dziś banalny konformista, ale wsławiony w przeszłości serią patriotycznych i antytotalitarnych filmów, wziął się za obraz z nostalgią przypominający skomplikowaną sytuację towarzysza Edwarda Gierka, sprytnie lawirującego między Moskwą a Zachodem. Byłyby w tym filmie obudzone wtedy społeczne nadzieje, wielkie budowy, sklepy pełne wędlin i puste cele, zwolnione przez opozycjonistów wypuszczonych przez Edwarda Łagodnego...
Nie zdziwiłoby pewnie także nikogo, gdyby znany poeta, w czasach PRL działacz nad- i podziemnej „Solidarności", publicysta paryskiej „Kultury", dziś nienawistnik obrzucający swoich przeciwników najbardziej obrzydliwymi obelgami, zapowiedział, że napisze powieść o tym, jak niektórzy działacze demokratycznej opozycji – oczywiście nie Michnik i Kuroń, ale ich dalecy i tchórzliwi współpracownicy, dziś liderzy prawicy – dopuszczali się różnych przestępstw. Choćby czynów pedofilskich, a kto wie, może nawet i zoofilskich (mogłyby to być gwałty na kotach – a naruszanie praw zwierząt to we współczesnych czasach znacznie gorsza zbrodnia)...
Ktoś naiwny mógłby powiedzieć, że przesadzam. Że pokrótce opowiedziane powyżej filmy i książki nie powstaną, bo to wszystko nieprawda. Może i nieprawda, ale przecież twórcy mają prawo do własnej, autorskiej interpretacji. Na naszych oczach powstają „dzieła" takie jak „Pokłosie" – artystycznie chybione, z punktu widzenia współczesnych i historycznych realiów kłamliwe, ale nagradzane dlatego, że są „słuszne" – bo ich celem jest demitologizacja polskiego bohaterstwa i przypomnienie polskich zbrodni.
Ale skończmy już te nieprzystojne żarty na temat wielkich artystów (oczywiście, poza Agnieszką Holland, osoby wymienione w tym tekście nie mają nic wspólnego z autentycznymi postaciami, a może z procesowej ostrożności warto by dodać, że i pani Holland nie ma nic wspólnego ze sobą samą). Zastanówmy się raczej, dlaczego prawie nikogo nie dziwi, że znani twórcy, kiedyś zaangażowani w walkę o niepodległą i demokratyczną Polskę, mogliby robić filmy i pisać książki, które zohydzają ich patriotyczne zaangażowanie sprzed 1989 roku. Dlaczego zapowiedź filmu w reżyserii Agnieszki Holland rehabilitującego generała Jaruzelskiego nie jest od razu uznana za żart, ale z pełną powagą powtarzają ją kolejne media?
Na pewno nie ma prostej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Ale mam nadzieję, że zadała je sobie także pani Holland, kiedy z oburzeniem dementowała nieprawdziwą informację. Że zapytała siebie, co takiego zrobiła i powiedziała przez ostatnie 20 lat, iż dziś nikogo nie dziwi pogłoska na temat filmu o Jaruzelskim.
Nie chcę tu się znęcać nad panią reżyser, nad jej zadyszką w pogoni za nowoczesnością i prawami mniejszości seksualnych, nad pochwałą „pijanych pluszowych misiów rzygających do ułożonych w kształcie krzyża puszek po piwie" – bo świetną analizę „Ciotki moralnej rewolucji" przeprowadził już w „Plusie Minusie" 16 marca tego roku Filip Memches. Chcę tu tylko powiedzieć, że Agnieszka Holland padła ofiarą własnej drogi życiowej. Posiała wiatr, zebrała plotkę.
Jedynym, co w tej sprawie cieszy, to owo przywołane już stanowcze dementi pani reżyser i jej oburzenie. To znaczy, że Agnieszka Holland rozumie jeszcze, iż czasem czegoś zrobić nie wypada. Choć przyznaję, że w sumie nie zdziwiłbym się także, gdyby ową internetową informację potraktowała ona jako wskazówkę, o czym powinna zrobić następny film.