Templariusze. Burza nad Paryżem

W noc dwunastego października bratu Henrykowi de Vaudemont nie udało się uratować Świątyni. Zginął brat Ewerard, a Jakub de Molay odesłał flotyllę ze skarbcem w sekretne miejsce pod komendą Imberta Blanke'a. Fragment przygotowywanej do druku powieści.

Aktualizacja: 28.12.2014 17:11 Publikacja: 28.12.2014 14:00

Zeznania templariuszy spisane na 200 łokciach pergaminu. Fot. Alessandra Benedetti

Zeznania templariuszy spisane na 200 łokciach pergaminu. Fot. Alessandra Benedetti

Foto: Corbis

Tego popołudnia nad Paryżem skłębiły się w jednej chwili czarne, groźne mgły. Przyciśnięte nimi miasto przestało niemal oddychać. Powietrze było wilgotne i pełne nagromadzonej w chmurach energii.  Ludzie, dotykając się na ulicach, odskakiwali od siebie z krzykiem wskutek bolesnych elektrycznych spięć. Pochylali głowy, kulili się, jakby przeczuwając nadchodzące fale nieokreślonego, lecz groźnego żywiołu.

Późnym popołudniem na zachód od stolicy słychać było burzę. Grzmoty przeszły bokiem, ale niektórzy z paryżan zaklinali się potem, że na krawędzi nieba wyładowania ułożyły się w krwawy krzyż, który w jednej chwili nabrzmiał piekielnym światłem, wieszcząc rychły koniec Świątyni. Wkrótce po zmierzchu burze odeszły na zachód, chmury nieco się rozproszyły, a nad miastem rozkwitła gwiezdna łąka. Ludzie wylegli przed domy, ulice się zapełniły. Słychać było śpiewy, a mrok rozpraszały światła kolorowych lampionów. Z kościelnych dzwonnic dobiegało głuche bicie dzwonów wzywające wiernych do świątyń. Kończył się dzień, o którym mało kto wiedział, że to ostatni z dni starego świata.  Świt, który miał wkrótce nadejść, ów sławny trzynasty świt października roku Pańskiego 1307, miał stać się prologiem nowej epoki; dla jednych dniem narodzin nowego, wyzwolonego królestwa, dla innych początkiem zła, które niechybnie doprowadzi ludzkość do przedsionków piekieł.

Filip, pewnie najinteligentniejszy, ale też najbardziej zdeprawowany dziedzic Kapetyngów, Paryża bał się jak śmierci. Unikał wizyt w mieście od pamiętnych zamieszek, podczas których musiał się schronić przed zdesperowanym tłumem w Domu Świątyni.  Na Cite bywał tylko czasem, i to wśród licznej eskorty, zostawiając bezpośrednie rządy Nogaretowi. Ów odnajdywał się w tym doskonale, w umiejętny sposób łącząc prywatną korzyść z chwałą swego pana. Nową siedzibą Filipa stało się opactwo Maubuisson na północny zachód od stolicy. Tam rezydował, stamtąd wydawał swoje oszalałe rozkazy, a jego wierne psy, Nogaret, Plaisians i Marigny, siadywali wokół władcy na obitych jedwabiem taboretach i ścigali się w podpowiedziach, jak uderzyć  w Świątynię.

Decyzje wszak już wydano. Na zwojach ciężkich pergaminów widniały królewskie pieczęcie. Ale wiedza o nich była wiedzą tajną. Nikt, ani baronowie królestwa, ani ich sługi, nie miał prawa poznać jej przed czasem. Królewska kancelaria w największym utajnieniu przygotowywała listę komisarzy, a więc tych, którzy mieli uderzyć. Szukano tylko wybranych, najwierniejszych z wiernych. To od nich zależało, czy królewski miecz uderzy z precyzją pioruna czy ześlizgnie się jak po kolczudze. Filip ufał Nogaretowi. To on, Wilhelm, dobierał egzekutorów. Na listach znaleźli się ludzie mierni, marnej konduity, bez herbów, za to żądni pieniędzy. Dokładnie sprawdzono, czy nie są powiązani rodzinnie z Templum.  Pisma wysłano do nich z odpowiednim wyprzedzeniem, już dwudziestego drugiego września. Mieli zgromadzić zbrojnych, sprawdzić możliwości obronne komandorii Świątyni, a potem czekać do tajnej i okrytej wrzodami królewskich pieczęci daty ataku. Czas zbliżał się nieuchronnie. A Paryż i reszta świata nie wiedzieli o tym nic.

Morderstwo w opactwie

Powoli nadciągał granatowy zmierzch. Mrok ciężkiej nocy jak gigantyczny pies rozkładał muskularne łapy nad dzielnicami Paryża. Dzwony ze swoich niebosiężnych dzwonnic rozbrzmiewały metalicznie nad miastem i przyzywały dobrych chrześcijan na kompletę. W ciemnych i tajemnych nawach Saint-Germain-des-Prés powoli gromadzili się wierni. Tu i ówdzie chybotliwe płomienie tysięcy świec wyłapywały rysy ludzkich twarzy, ale tłum, który zbierał się tu na modlitwę, był z gruntu anonimowy. Grupy wiernych wchodziły do kościoła z pochylonymi głowami, kobiety w czepcach, mężczyźni ściskając w ręku kapelusze, nikt więc nie mógł zwrócić uwagi na zakapturzonego mnicha, który krył się w cieniu za krawędzią kamiennego portalu. Stał pochylony, modlił się, ale można było odnieść wrażenie, że na kogoś czeka.

Stał tu już dłuższą chwilę, ale któż z wchodzących mógł o tym wiedzieć? W istocie nikt. Nagle poruszył głową nieco bardziej energicznie. Spojrzał w tłum i skrył się w cień jeszcze głębiej. Między wchodzącymi pojawiła się inna zakapturzona postać. Ów szary człowiek szedł ze splecionymi do modlitwy dłońmi, które wiązał drewniany różaniec. Jak inni spoglądał w dół, jego twarz była więc nierozpoznawalna. Po przejściu progu  świątyni odłączył się jednak od  wchodzących i ruszył w ów róg kościoła, gdzie czekał bliźniaczo podobny do niego zakonnik. Z cienia doszedł cichy szept. Obaj zakapturzeni ludzie o czymś rozmawiali. Dochodzące skrawki słów były szybkie, nerwowe i świadczyły o podnieceniu przynajmniej jednego z rozmówców.

Nagle w bramie coś się zakotłowało. Ludzie zaczęli krzyczeć, szczęknęło żelazo. Tłum zatrzymał się zdziwiony i w naturalnej próżni, jaka na chwilę wytworzyła się wokół sprawców zamieszania, pojawiły się uzbrojone postaci żołnierzy. Ktoś znowu krzyknął, tym razem donośniej, w cieniu koło portalu słychać było przez chwilę szarpaninę, potem głośny tupot stóp i straszny jęk. Do kościoła szybkim krokiem wbiegli strażnicy z pochodniami i w ich świetle zobaczyli leżącą na kamiennej podłodze postać. To był jeden z mnichów, którzy szeptali tu przed chwilą. Wokół jego ciała rozlewała się kałuża gęstej, czarnej krwi. Strażnicy obrócili ciało. Spod lewej pachy zakonnika sterczała rękojeść wbitego sztyletu.

– Zabójstwo!!! On nie żyje!!! – ktoś zaczął histerycznie krzyczeć, ale strażnicy uciszyli go w jednej chwili. – Cisza, spokój, milczeć! – mówił twardo oficer. – Gdzie ten drugi? – Pytał strażników. – Było ich dwóch! – Musiał zbiec, panie – odpowiedzieli. – Czy ktoś go widział? – pytał nerwowo gromadzących się wokół martwego zakonnika ludzi. – Tak – wybiegł z opactwa... – ten drugi mnich. Pobiegł w stronę rzeki. – Za nim! – krzyknął oficer i zatupał przed strażnikami, by ci bez zwłoki ruszyli w pogoń. Mężczyźni wybiegli z kościoła i hałasując uzbrojeniem, wypadli na kamienne uliczki przed Saint Germain-des-Prés. Mrok nie ułatwiał pogoni. Uliczki zresztą błyskawicznie się rozeszły najpierw w dwie, potem w cztery zaułki. – Gdzie uciekł mnich? Czy widzieliście mnicha? – krzyczeli do przechodniów i stojących w bramie ludzi. Ci wskazywali niepewnie w głąb kolejnych uliczek. – Tam pobiegł, tam... w stronę rzeki... Dobiegli w końcu do rzeki, ale na brzegu nikogo nie znaleźli. Ani ubrania, ani butów, a wieczór ograniczał widoczność. – Może nas zmylił i pobiegł w inną stronę? Dość bezładnie kręcili się po nabrzeżu. – Gdzie jest? – pytał oficer. – Nie wiemy, panie. Wracajmy do opactwa. Pewnie skrył się gdzieś w jego cieniu. – Wracajmy! Wracajmy! – Dodawali sobie pewności, powoli odchodząc od nabrzeża Sekwany. Po chwili słychać było tylko stuk ich skórzanych butów i szczęk żelaza.

On jednak był cały czas obok ścigających go strażników. Siedział wciśnięty w kępę wodnych traw rosnących tuż przy brzegu Sekwany. Zanurzył się, gdy przyszli. Wstrzymał oddech i zanurzony oddychał przez urwany kawałek trzciny. Wsłuchiwał się w dobiegające z brzegu rozmowy, a kiedy zrozumiał, że odeszli, wynurzył się z brudnej wody i zaczerpnął pełną piersią powietrza. Spojrzał na nabrzeże. Było ciemne i puste. Stare drzewa chyliły się ku rzece. W zakolach Sekwany gromadziły się gęste poduchy liści. Musiał płynąć na drugi brzeg; zdarł więc z siebie szatę, zostając tylko w szarych, parcianych portkach. Znów zaczerpnął pełną piersią powietrza, skierował się w ostry nurt i powoli rozgarniając rękami wody rzeki, skierował się na drugi brzeg. Od strony Saint-Germain-des-Prés nie groziło mu już niebezpieczeństwo. Ludzie odeszli w stronę opactwa.

Płynął cicho i uważnie. Omijał wiry oraz płynące z nurtem kawałki drzew i kierował się powoli w stronę prawego brzegu rzeki. To trwało ledwie kilka minut. Silne ramiona prowadziły go w zamierzonym kierunku, aż dotknął dłonią nabrzeżnych kamieni. Zanim wyszedł, spojrzał  w lewo, gdzie grupa ludzi pakowała na rzeczne statki ciężkie, obite żelazem skrzynie. Kim są ci ludzie? – pomyślał przez chwilę, zanim zmęczony wypełzł na brzeg i trzęsąc się z zimna, pomknął w stronę Le Marais. Wyglądał jak żebrak. Bez wierzchniej szaty, w samych tylko płóciennych portkach, z mokrą brodą i polepionymi błotem włosami. Przemykał między domami, stawiając kroki w miejscach, gdzie lepkie błoto ustępowało twardszemu podłożu. Nie chciał zostawiać śladów, a w grząskich uliczkach Le Marais nie było to łatwe.

Nagle usłyszał kroki straży. Natychmiast zaszył się w cień najbliższej bramy. Wychylił się tylko po to, by sprawdzić, czy strażnicy przeszli dalej. Przykleił się plecami do muru. Szedł dalej jak cień albo jak duch. Po dłuższej chwili zobaczył mury Templum. Rozejrzał się wkoło, a gdy nabrał pewności, że jest sam, przeskoczył na drugą stronę błotnistej ulicy. Podszedł do bramy i uderzył w nią cicho zaciśniętą pięścią... Usłyszał kroki strażnika.

Żebrak wysokiego rodu

Otwierać! I to szybko –  powiedział, nie podnosząc głosu, choć dobitnie... Za bramą najpierw odpowiedziała mu głucha cisza, ale w chwilę potem ktoś się odezwał. – Stań na wprost bramy, byś był widoczny... – Otwieraj, człowieku... – Kim jesteś, prostaku, że chcesz, by specjalnie dla ciebie otwarły się bramy Templum? – Otwieraj, mówię – powtórzył i dodał: – Otwieraj na rany naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. – Kim jesteś? – Pytał ciągle ten sam głos... – Wezwij dowódcę straży... – wyszeptał i czekał dobrą chwilę, nim ten ostatni się pojawił.

– W imię Jakuba – wyszeptał hasło. Zamek w bramie szczęknął i przybysz został wpuszczony do środka. Nie pytał o drogę, tylko od razu skierował się w stronę wieży otoczonej kordonem strażników. – W imię Jakuba – skinął ku nim, a oni wstrząśnięci widokiem oblepionego błotem żebraka rozstąpili się i wpuścili go do wieży. – Wołać de Pairauda! – powiedział zmęczonym głosem i osunął się na ziemię.

W istocie de Pairaud pojawił się po chwili,  a jego służba przyniosła ciepły wełniany płaszcz. De Pairaud stanął nad przybyszem i patrząc na jego umęczoną twarz, kazał straży wnieść go do jego komnaty. – Co wiesz, Henryku? – spytał. Przybysz odgarnął z twarzy pozlepiane błotem włosy i głęboko westchnął. – Gorze nam! – To wszystko, prawda? – spytał de Pairaud. – Jest gorzej, niż zakładaliśmy... Prowadź do Jakuba... – Modli się – odpowiedział de Pairaud. – Gdzie jest brat Ewerard?  – Zasztyletowano go w Saint-Germain-des-Prés. – Kto? – Ludzie króla... Ale zdążył uciec z Maubuisson i przekazać informacje... – Czyż to wszystko prawda? – Prawda... – powiedział i kazał się prowadzić do mistrza.

Rozterki Jakuba

Jakub de Molay, człowiek pełen wielkiej wiary, ale w jeszcze większym stopniu człowiek wątpliwości, modlił się w kaplicy swojej celi w wieży. Gdy słudzy uderzyli w drewniane drzwi, klęczał zatopiony w serdecznej modlitwie. – Przybył brat Henri, dobry ojcze! – ktoś mówił podnieconym głosem zza drzwi... Jakub klęczał zatopiony w modlitwie i nic nie słyszał... „Zaprawdę rycerzem bez lęku i skazy jest ten, który chroni swoją duszę zbroją wiary, podobnie jak kolczugą osłania swe ciało. Podwójnie uzbrojony nie lęka się ani demonów, ani ludzi. Niewątpliwie ten, kto pragnie umrzeć, nie boi się śmierci. Jakżeż obawiałby się umrzeć, albo żyć ów, dla którego życiem jest Chrystus, a śmierć nagrodą?" – modlił się słowami Bernarda z Clairvoux. Jakież to wsparcie na duchu dla pokornego sługi. Cóż może być pewniejszego ponad to, co pisze święty Bernard? Cóż trafniejszego od świadectwa głębokiej wiary i ufności w Chrystusie. Panie! – jestem Twoim rycerzem, Twoim sługą, Twoim podłokietnikiem i twoją ścieżką... Daj mi szansę wiary, wierności, oddania... – Panie!!! – Jakub rozpoznał głos de Pairauda. – Wejść – rozkazał.

– Przybył brat Henri – wyszeptał de Pairaud. – Niech wejdzie albo... Nie, niech czeka... rozmawiam z Chrystusem – wyszeptał de Molay. – Zbiorę kapitułę – powiedział bardziej do siebie niż do Hugona de Pairaud, który wyszedł, zostawiając mistrza sam na sam z Bogiem. Minęła dobra chwila, zanim w pomieszczeniu kapitulnym zebrali się dygnitarze zakonu. Było ich ledwie kilku, reszta rozjechała się po prowincjach, by przygotować braci do ataku. Zebrali się w dwa pacierze. Część nocowała w wieży Cezara, część w dormitoriach pośrodku Templum. Zasiedli w sali kapitulnej mimo późnego wieczoru; wszyscy przytomni, o bystrym spojrzeniu, szlachetnie urodzeni, dzieci najlepszych herbów królestwa, pewni swego. Preceptorzy ziem Templum. Nie mieli na sobie zbroi ani kolczug, tylko białe tuniki i płaszcze z czerwonymi krzyżami. Gdy przybyli, de Pairaud ponownie zastukał do celi mistrza. Jakub de Molay podniósł się ciężko z klęcznika, otworzył wrota i dołączył do braci.

– Mistrzowie Domu Świątyni, winniście wiedzieć, co się zdarzy – zaczął de Pairaud i sygnałem dzwonka wezwał posłannika. – Henryku, co wiesz? – Do pomieszczenia kapituły wszedł otulony wełnianym płaszczem zakonnik z Saint-Germain-des-Prés. – Ojcze!!! Bracia!!! Oto jestem przed wami w najniższym upokorzeniu, jakiego kiedykolwiek doznał członek mego rodu. – Mów, co trzeba – powiedział Imbert Blanke, mistrz Owernii. – Gdzie brat Ewerard? – Nie żyje. Zasztyletowali go ludzie Nogareta w Saint-Germain-des-Prés. – Jak tobie udało się uciec? – Jestem duchem, panie – odpowiedział Henri. – Czy Ewerard potwierdził wieści, które niepokoją mistrza? – Potwierdził w dwójnasób, panie!!! Cios w Świątynię będzie zadany jutro o świcie. Wszyscy bracia trafią do celi oskarżeni o herezję. – Jaką herezję? – Jakub de Molay zatrząsł się i osunął na kolana na tyle gwałtownie, że de Charnay i de Pairaud musieli go chwycić pod ramiona, by nie upadł... – Oskarżenia króla są podłe; oskarża Świątynię o herezję, bałwochwalstwo, sodomię i niewiarę w Chrystusa... Trudno będzie się bronić, bo ma zeznania odszczepieńców... – Rozkazy wydano? – spytał de Charnay? – Owszem, wydano. Jutro o świcie seneszale i bajlifowie królestwa aresztują wszystkich braci...

– Możemy się bronić... – Nie będziemy się bronić – wyszeptał blady jak śmierć de Molay. – Do braci wyszły rozkazy, by przyjęli wszystko w pokorze... Pamiętajcie, bracia, o zasadzie reguły! Nigdy nie wyciągamy miecza przeciw chrześcijanom!!! A poza tym wierzę,  że prawda obroni się sama!!! Co masz jeszcze do powiedzenia, Henryku? – Uciekaj, ojcze, bo śmierć jest nieunikniona. – Nie, mój drogi. Jestem starym człowiekiem. Kocham Chrystusa z jego świętymi ranami bardziej niż ojca i matkę. Mnie i zakon obroni wiara, bo cóż innego ma taką moc? – Jeszcze dziś rano niosłem trumnę żony królewskiego brata. Prosił o to sam król... Sądzisz, że Filip jest naszym wrogiem? Nie wierzę. On nas kocha. Wrogami są inni. Nogaret i jego psy... Filip w imię Jezusa nas ochroni i tylko wzmocni Świątynię. – A jeśli nie? – spytał Imbert Blanke. – Drogi bracie Imbercie... Czyż jesteśmy na tyle silni, by się zwracać przeciwko królestwu? Czyż mamy tyle świętości, by podważać koronę Kapetyngów? Zaufajmy królowi i papieżowi. Nie zawiodą Świątyni mimo skarg i oszustw. To wszystko – rzucił kapitule Jakub i ostentacyjnie padł na kolana na dębowym klęczniku. – Koniec kapituły! – rzekł de Charnay i wyszedł z resztą braci z celi.

Drogi wygnania

Henryku – odezwał się do przybysza. – Ojciec Jakub wierzy tylko w Chrystusa i jego łaskę. Nie znajdziesz w nim sojusznika. Rycerze zostali uprzedzeni o ataku, ale mają poddać się władzy bez walki. Mistrz wierzy, że siła chrystusowej prawdy oczyści Świątynię i wszelkie zarzuty upadną. Czyżbyśmy byli grzesznikami? Jakub wie, że jesteśmy bez winy, oskarżenia są dziełem ludzi szatana. – Na nabrzeżu widziałem statki. – Dobrze widziałeś, Henryku. Przynajmniej na jakiś czas skarbiec i archiwum popłyną do La Rochelle. Nie powinny wpaść w ręce Nogareta. – Gdzie będą czekać? – Wraz ze skarbem płynie Imbert Blanke. On podejmie decyzję. Co ja mam robić? – Popłyniesz z Imbertem. Wrócicie, gdy burza nad Świątynią nieco się wyciszy. – A jeśli się nie wyciszy? – Henryku... – powiedział z niezwyczajną łagodnością. – Nie ma większej siły nad Świątynię... Bóg jest z nami. Nic nas nie pokona. Próbowano wykląć już joannitów, próbowano i nas... Nikt nas nie pokona. Świątynia jest wieczna... Musisz w to wierzyć.

Okryty ciepłym płaszczem brat Henryk został odprowadzony przez sługi do dormitorium. Przebrał się, obuł w ciepłe buty, włożył biały płaszcz z czerwonym krzyżem i udał się na nabrzeże w kierunku statków, na które wnoszono ciężkie dębowe skrzynie. Położył głowę na burcie jednej z łodzi i natychmiast zasnął. Był jedynym, który spał tej nocy. Oka nie zmrużyli ani de Molay, ani de Pairaud, ani de Charnay. W napięciu i modlitwie czekali na to, co się wydarzy o świcie. Na dwie godziny przed jutrznią na łodzie dotarł Imbert Blanke i, nie budząc Henryka, kazał podnieść kotwice. Dwanaście wielkich rzecznych łodzi wypełnionych ciężkimi skrzyniami z archiwum zakonu odbiło od brzegu i skierowało się w stronę morza. Jakub de Molay modlił się do Boga o ratunek i mądrość króla. Modlili się też inni przywódcy zakonu. Nad stożkowymi hełmami Wielkiej Wieży Templum kłębiły się ciężkie chmury. W oknach jaśniały migotliwe światełka płonących świec.

Nikt, ani w Paryżu, ani w reszcie kraju, nie zmrużył tej nocy oka. Wszędzie pobrzmiewały modlitwy, a w dłoniach przesuwały się ziarna różańca. Mistrzowie, preceptorzy i konfratrzy z wbitymi w deski klęczników kolanami nie ustawali w litaniach. Wielu z nich miało już spakowane kufry i torby podróżne. Długo przed świtem mieli wyruszyć do przygotowanych kryjówek. Nie spali również serwienci. Ci uwijali się, by w ukrytych jamach pod murami komandorii pochować na czas owinięte w naoliwione płótno miecze, hełmy i kolczugi. W innych sekretnych miejscach zakopywano naczynia liturgiczne i złote monety. W stajniach szykowano konie. W kuchniach przygotowywano prowiant. Domy zakonne pracowały więc w największym pędzie. Skoro król był gotów, gotowi musieli być i oni, słudzy Domu Świątyni.

Również w Maubuisson nikt nie zmrużył oka, bowiem ani król, ani jego zbrodniczy urzędnicy nie wiedzieli, co się wydarzy o świcie. Czy Świątynia podniesie miecz i stanie do walki, czy padnie na kolana i ukorzy się przed wolą króla? I tylko żołdacy Nogareta spali w najlepsze w koszarach całej Francji, przygotowani do porannego ataku. Paryż wciąż tonął w mroku, choć po wschodniej stronie nieba zaczynała się pojawiać cienka jeszcze jak nić jedwabiu strużka ognistoczerwonego światła. Nadchodziła wyczekiwana godzina. A rzeczna flota z tym, co najcenniejsze, mijała już królewskie strażnice w Saint-Denis.

Plus Minus
Walka o szafranowy elektorat
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Plus Minus
„Czerwone niebo”: Gdy zbliża się pożar
Plus Minus
„Śmiertelnie ciche miasto. Historie z Wuhan”: Miasto jak z filmu science fiction
Plus Minus
Dzieci komunistycznego reżimu
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Plus Minus
Tajemnice pod taflą wody