Rz: W tym roku obchodzi pan 50-lecie pracy w adwokaturze. Jak wyglądał ten zawód, gdy pan zaczynał?
Czesław Jaworski: Realia były zupełnie inne. Adwokatów było o wiele mniej niż obecnie. Spraw za to sporo. Klient szukał adwokata, a nie odwrotnie. Niewiele się natomiast zmieniło w praktyce sądowej. Procedura wygląda podobnie. Inne były natomiast stosunki między prawnikami. Więcej szacunku, zrozumienia i współpracy.
Jak się to przejawiało?
Bardzo opiniotwórczym ośrodkiem był bufet w gmachu sądów przy obecnej al. „Solidarności". Kwitło tam życie towarzyskie, wymienialiśmy się poglądami, rozmawialiśmy o polityce, ale przede wszystkim o prawie. Nie było wtedy internetu, w którym dziś szuka się orzecznictwa. Ukazywały się co prawda zeszyty zawierające orzeczenia Sądu Najwyższego, ale przecież ze sporym opóźnieniem. To właśnie w sądowym bufecie można było się zapoznać z najnowszymi liniami orzeczniczymi, posłuchać rad bardziej doświadczonych kolegów. Bywanie tam było bardzo ważne. Pamiętam, jak prokurator po wyznaczeniu przez sąd 15-minutowej przerwy nie krył niezadowolenia, argumentując, że w tym czasie nie zdąży nawet wystać posiłku w kolejce do bufetu. A adwokat w tej sprawie, jak przekonywał prokurator sędziego, ma ze sobą termos i pieczonego kurczaka, bo ma bardzo zapobiegliwą żonę. Dlatego zdąży się dobrze posilić przed rozprawą. Sąd przyjął jego argumenty i wyznaczył półgodzinną przerwę...
Sędziowie także inaczej podchodzili do pełnomocników i prokuratorów?
Chyba bardziej liczyli się z adwokatami.
Zaangażowanie adwokatów w procesy polityczne powodowało też, że w społeczeństwie byliśmy odbierani wręcz entuzjastycznie. Postrzegano nas jako obrońców praw człowieka.
Wybierając prawo, kierował się pan takim szlachetnym etosem adwokackim?
O wyborze prawa zdecydowałem już w gimnazjum. Mimo że mój nauczyciel fizyki widział mnie na politechnice. Byłem jednak przekonany, że prawo porządkuje życie, stosunki społeczne i polityczne, że jest bardzo ważnym motorem przemian. Tę idealistyczną wizję życie nieco zweryfikowało... Po studiach rozpocząłem aplikację adwokacką. Swoją praktykę przez kilka lat łączyłem z radcostwem w kilku firmach. Później jednak prawo tego zakazało. Pracowałem, jak wszyscy adwokaci w tych czasach, w zespole adwokackim. Te zespoły co prawda w pewnym sensie pozbawiały adwokatów swobody, jednak były też ważnym miejscem kształtowania się młodych prawników, wymiany wiedzy i poglądów, a także ośrodkami towarzyskimi.
Pamięta pan swoją najtrudniejszą sprawę?
Do łatwych nie należały na pewno procesy polityczne. Broniłem w tych sprawach przede wszystkim w okresie stanu wojennego. Na szczęście żadna z nich nie skończyła się poważnym wyrokiem. Wielu sędziów w tych czasach zachowywało się przyzwoicie.
Jak wspomina pan początek stanu wojennego?
Byłem członkiem warszawskiej Okręgowej Rady Adwokackiej, która już 14 grudnia zebrała się spontanicznie w sądzie. Przyjęliśmy uchwałę, która była tak naprawdę protestem przeciwko stanowi wojennemu. ORA zobowiązywała adwokatów do maksymalnego wysiłku na rzecz ochrony praw i wolności obywatelskich. Za podobne deklaracje trafiało się w tych czasach do więzienia. Nam się jednak upiekło.
Wykonuje pan także od wielu lat zawód w wolnej Polsce.
Od 1990 roku prowadzę indywidualną kancelarię. Obserwuję, jak zmienia się nasz zawód, podejście do prawa. Ostatnio spotkałem sędziego, który, jak mi mówił, przeszedł w stan spoczynku, bo „przegrał z kliknięciem". Słynął bowiem z tego, że znał dobrze całe orzecznictwo. Radzili się go inni sędziowie, adwokaci. Dziś jednak wystarczy kliknąć, by znaleźć orzecznictwo związane z danym hasłem. Niestety, często niezwiązane do końca z problemem, z którym przychodzi nam się zmierzyć.
Czy ciągle bywa pan w sądowym bufecie przy „Solidarności"?
Dziś jest on już w innym miejscu. Nie przypomina tego dawnego. Bywam w nim coraz rzadziej. Kończę już tylko sprawy, które wcześniej zacząłem, nie rozpoczynam nowych. Z początkiem przyszłego roku planuję zupełnie przejść na emeryturę.
—rozmawiała Katarzyna Borowska