Straszyło zatem, na szczęście ostatnio w nieco mniejszej skali, kryterium najniższej ceny. Warunek, który zamiast powodować racjonalizację wydatków, generował patologie w postaci triumfów w przetargach szemranych, ale najtańszych wykonawców.
Teraz kryterium ceny ma stracić swoje znaczenie, pojawi się kryterium jakości. Tyle wiemy z enigmatycznych na razie zapowiedzi Ministerstwa Rozwoju. Definicja tejże jakości będzie kluczem do sukcesu nowych przepisów. Trudno sobie na przykład wyobrazić, by nie zawierała jakiegoś elementu uznaniowości. A tam, gdzie pojawia się możliwość szerszej interpretacji, pojawia się również niebezpieczeństwo nadużyć.
To jeden z poważniejszych rodzajów ryzyka, jakie mogą towarzyszyć wprowadzeniu nowych przepisów. Dlatego kryterium cenowe tak bardzo kusiło swoim pozornym obiektywizmem. W dodatku jakość wymaga stałej kontroli przy użyciu wyrafinowanych niekiedy narzędzi. Przypomnę tylko, że skutecznej analizy, z jakich materiałów w Polsce tak naprawdę budowane są drogi, odpowiednia dyrekcja nauczyła się po kilkunastu latach bolesnych wpadek.
Znacznie łatwiej wyegzekwować drugą ważną zmianę, czyli obowiązek zatrudniania pracowników na etatach w firmach, które otrzymują publiczne zlecenia. Trudno też dyskutować z zasadnością tego pomysłu. A że będzie drożej i na przykład samorządy będą musiały ciąć swoje inwestycje? To wcale nie jest przesądzone.