Korespondencja z Kolonii
Najciekawszym wydarzeniem koncertu Boba Dylana w Lanxess Arena w Kolonii było wyprowadzenie siłą kobiety, która w spowitej egipskimi ciemnościami hali, mniej więcej po godzinie trwającego 105 minut koncertu, podniosła ponad głowę smartfona i błyskając fleszem spróbowała zrobić zdjęcie.
Tak mógłby pomyśleć ktoś, kto przybył do świata Boba Dylana, najstarszego i najdłużej aktywnego rockandrollowo-folkowego barda (pierwszy oficjalny koncert dał w 1961 r.) – z innej planety, którą można umownie nazwać współczesnością.
Bob Dylan i zasady jego koncertów
Jej zasady sprowadzają się mniej więcej do tego, że mało kto wytrzymuje dłuższy czas w skupieniu i potrafi w 100 proc. skoncentrować się na muzyce, słowach, filmie, lekturze bądź rozmowie. Tymczasem Bob Dylan jest artystą, który oczekuje niezmąconej niczym uwagi w odbiorze tego, co zamierza przekazać. Jego deklaracja na początku koncertu brzmiała jednoznacznie: „I'll Be Your Baby Tonight”. Wymaga jednak wzajemności – a nie grzebania w telefonie, surfowania w sieci, scrollowania, pstrykania non stop fotek lub prowadzenia transmisji w sieci.
Trzeba podkreślić: starał się pomóc fanom jak tylko potrafi. Dlatego można było wnieść do areny telefon, ale w zakodowanym futerale. Wspomniana kobieta złamała oczywisty dla wszystkich zakaz fotografowania, okazała się oszustką i poniosła tego surowe konsekwencje. Mogła potem przemierzyć całą Kolonię i szczypać się z niedowierzaniem, ponieważ nie tylko w hali, z której ją wyrzucono, ale także w całym mieście nie było ani skrawka plakatu, ani jednego billboardu, potwierdzającego obecność Dylana. Z przemyconego telefonu wykasowano zdjęcie i nie miała żadnego dowodu, że była na koncercie. Wróciła do koszmaru wirtualnej bańki, niszcząc jedyną szansę na realność koncertowego przeżycia.
Bob Dylan i jego obecne koncerty
Ci, którzy zdecydowali się na nie – mieli rzadką dziś okazję brania udziału w niepowtarzalnym, niezmąconym niczym występie. Na scenie nie było bowiem multimediów, żadnego ekranu, zaś ten stanowiący wyposażenie hali – ponad płytą, transmitujący zazwyczaj wydarzenia ze sceny do wyżej położonych rzędów – nie został uruchomiony. Z tego powodu vipowskie loże, gdzie serwowano kolacje i drinki, nie były uprzywilejowane. Przywilejem było zasiąść w pierwszych rzędach i podziwiać to, co pozwalają usłyszeć uszy oraz zobaczyć oczy.
Czytaj więcej
„Kompletnie nieznany”, film, w którym Timothée Chalamet gra Boba Dylana, wchodzi na polskie ekrany przedpremierowo 27 grudnia. Premiera 17 stycznia...
Na okotarowanej scenie, w każdym z czterech jej rogów stały, co prawda, cztery wielkie reflektory retro, jakich używało się kiedyś na planie filmowym – lecz niewłączone. Jedyne dwa źródła światła, które nienachalnie wydobywały z mroku postać Dylana, przypominały nocne lampki i świeciły delikatnie tuż obok jego fortepianu. Dwa inne włączono wysoko ponad linią proscenium, tak aby „zrobić atmosferę”. A jednak, ci, którzy oglądali w ostatnich dekadach koncerty barda mogli cieszyć się jego widokiem, ponieważ poprzednio miejsce na scenie, gdzie grał – było zazwyczaj zaciemnione lub twarz muzyka spowijał cień ronda kapelusza. Teraz Dylan nie chowa się za tego rodzaju zasłoną, nie używa ciemnych okularów, lecz koncentruje się na występie, który można nazwać muzycznym wieczorem noblisty – jedynego laureata literackiej Nagrody Nobla pośród muzyków.
O głosie Dylana napisano bardzo wiele złośliwości: również to, że beczy jak koza. Ostatnio problemem było, że śpiewa, ale niewyraźnie, zaś słowa jego piosenek giną zagłuszone muzyką. Otóż teraz tak nie jest. Artysta wykonuje, a raczej interpretuje swoje teksty w sposób niezwykle wyrazisty i klarowny. Na pulpicie fortepianu, gdzie ponad klawiaturą leżą najczęściej nuty – bard miał przed sobą ogromny skoroszyt ze swoimi tekstami. Wiele uwagi po dłuższej rozgrzewce instrumentalnej zespołu poświęcił na ustawienie statywu mikrofonu i regulował go potem często po kolejnych utworach, by każde słowo wybrzmiało głośno i dobitnie: dotarło do nas.
Maniera nosowego głosu zniknęła, pozostała charakterystyczna akcentacja, którą z dużym powodzeniem naśladuje Timothée Chalamet w fabularyzowanej biografii mistrza „Completely Unknown”. Gdyby wspomniana fanka nie spróbowała pstryknąć zdjęcia – miałaby okazję wysłuchać tego, co Dylan chciał przekazać, kilka razy akompaniując sobie na gitarze i harmonijce ustnej ,w bardzo odmienionych, nowych aranżacjach – bluesowych, folkowych, balladowych. Wszak podtytuł tournée brzmi „Rzeczy nie są takie, jakie były”. W domyśle: „The Times They Are A-Changin'”. Zadbał o to wraz z perkusistą Antonym Figiem, basistą Bobem Brittem oraz dwoma gitarzystami (Doug Lancio i Bob Britt), którzy skupili się wokół lidera i non stop śledząc jego każdy ruch, niemal spijając słowa z jego ust, dostosowywali swoją grę do śpiewu Boba.
On zaś nie chce odcinać kuponów od sławy najsłynniejszych płyt i przebojów. Ma do zaproponowania swoje nowe dzieła. Dlatego najwięcej, bo aż osiem kompozycji, pochodziło z najnowszej płyty „Rough and Rowdy Ways”. Zaśpiewał „I Contain Multitudes”, „False Prophet”, „Black Rider”, „Mother of Muses”, „Goodbye Jimmy Reed”, „Crossing the Rubicon”, „Key West (Philosopher Pirate)”, „I've Made Up My Mind to Give Myself to You”. Z największych hitów usłyszeliśmy „Desolation Row” i „It's All Over Now, Baby Blue”.
Przypomniał też swoją malarską pasję, śpiewając „When I Paint My Masterpiece My Own Version of You”. Usłyszeliśmy również „To Be Alone With You” z „Nashville Skyline” (1969), „Watching the River Flow” z „Greatest Hits Vol. II” (1971). Na koniec zaś wykonał „Every Grain of Sand” z albumu „Shot Of Love” (1981), nagranego, gdy przeszedł na chrześcijaństwo. To był rachunek sumienia i spowiedź życia, inspirowane postacią Jezusa i poezją Blake’a, z frazą, że „każdy włos jest policzony, jak każde ziarenko piasku”.
Czytaj więcej
„Rough and Rowdy Ways" to pierwszy po literackiej nagrodzie autorski album Boba Dylana. Bluesowy i balladowy.
Bob Dylan oko w oko z fanami
Poza słowami swoich tekstów Dylan nie powiedział nic: ani „Dobry wieczór”, ani „Dobranoc” czy „Do widzenia”. Prawdę mówiąc, nie wiadomo, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Oczywiście, jak na swoje 84 lata artysta trzyma się świetnie i oby koncertował jak najdłużej, na sali było jednak wielu jego rówieśników, osoby o kulach, korzystające z wózków elektrycznych bądź balkoników.
Ci, którzy mogli poruszać się o własnych siłach – nie przesadzajmy: była ich większość, w tym osoby bardzo młode – po zakończeniu występu bardzo głośno i zdecydowanie domagały się bisu. Dylan ich nie zawiódł, choć i tym razem dostali coś innego, niż się spodziewali. W odpowiedzi na brawa Bob wrócił na scenę. Ci, którzy mieli okazję oglądać jego koncert z krzeseł ustawionych na płycie areny w Kolonii podbiegli do proscenium. To było magiczne doświadczenie. Kilkaset osób stało oko w oko z uwielbianym artystą, a on patrzył na nas. Wszystko było w tym spojrzeniu, a każdy chciał zapamiętać tę chwilę, jak prywatne, indywidualne spotkanie.
Po kilku dłuższych sekundach Dylan wraz z muzykami opuścił scenę. Pewnie po to, by od razu pojechać na dwa kolejne koncerty do Amsterdamu.
Nie da się ukryć, że bije rekordy żywotności: The Rolling Stones w tym roku ostatecznie nie zdecydowali się na występy. Być może zastanawiają się, na ile koncertów w przyszłym roku starczy im sił. Paul McCartney występuje teraz, ale na tle trasy koncertowej Boba to minitournée, na które składa się kilkanaście dat.
Dylan zdecydował się na 90 wieczorów. Nie zapowiada ich tak, jak w poprzednich latach nazwa „Never Ending Tour”, a jednak niczego nie kończy. Dalej przemierza świat „Like a Rolling Stone”.