Przypomnijmy, że wtedy Andrzej Duda padł ofiarą podobnej rozmowy, a nagranie trafiło do sieci. Podali się za sekretarza generalnego ONZ António Guterresa.

Rozmowa, która trwała kilkanaście minut, dotyczyła pandemii covid, oraz wyborów prezydenckich. Już wtedy szokowało, z jaką łatwością udało się skontaktować z prezydentem. Mimo że telefon miał być weryfikowany przez MSZ. Niczego podejrzanego w tym połączeniu nie widziały również służby pałacu. Ostatecznie za całą niebezpieczną sytuację obwiniono ówczesnego szefa gabinetu Krzysztofa Szczerskiego.

Czytaj więcej

Rosjanie wkręcili Andrzeja Dudę. Myślał, że rozmawia z prezydentem Francji

Teraz sytuacja się powtarza i jest to już coś więcej niż dzwonek alarmowy, jeżeli z tamtej historii nikt nie wyciągnął wniosków. Bo jeżeli rosyjscy yotuberzy mają taki łatwy dostęp do ucha prezydenta, osoby teoretycznie najlepiej chronionej w państwie, to co z innymi wysokimi urzędnikami, odpowiadającymi za nasze bezpieczeństwo, szefami instytucji, czy strategicznych spółek?

Tego rodzaju telefon wcale bowiem nie musi być żartem, ale działaniem obliczonym na bardzo poważne konsekwencje, zarówno jeśli chodzi o wyciek informacji, jak i zapadające pod wpływem takich telefonów decyzje. Swobodę działania dowcipnisiów na pewno bacznie obserwują rosyjskie służby, które zapewne mają nieporównywalnie większe możliwości inicjowania takich rozmów i zacierania śladów.

Służby zasługują na żółtą kartkę, bo zweryfikowanie numeru, z którego dzwoni ktoś do prezydenta, czy ustalenie jego prawdziwych personaliów nie powinno być takie trudne. Zwłaszcza że przynajmniej teoretycznie istnieją procedury bezpieczeństwa, jest też protokół postępowania w takich sytuacjach.

Coś ewidentnie nie działa, a nikomu nie należy przypominać, że mamy wojnę na Ukrainie i wzmożoną aktywność rosyjskich służb, dezinformację i propagandę. Państwo słabo chronione, z którego każdy sprytniejszy użytkownik internetu może sobie stroić żarty, a może coś więcej, nie wróży dobrze naszemu bezpieczeństwu.

Za taką historię, która wydarzyła się drugi raz, powinny polecieć głowy. I nie przekonuje tłumaczenie otoczenia prezydenta, że Andrzej Duda zorientował się podczas rozmowy, że coś jest nie tak. Do niej nigdy nie powinno dojść.