Gdy Wielka Brytania postanowiła odciąć Romana Abramowicza od majątku, w decyzji sankcyjnej wskazano, że jest rosyjskim oligarchą, ma związki z Władimirem Putinem, jego stalowy gigant Evraz Group uzyskuje korzyści z aneksji Krymu i destabilizacji Ukrainy. I z grubsza to tyle. Żadnych ścieżek odwoławczych.

Polska też postanowiła zastosować sankcje. Nazwano je inteligentnymi, wycelowanymi w konkretne podmioty. Nasza specustawa „o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego” weszła w życie przed majówką i nie wszystko poszło gładko. Na przykład okazało się, że nadmorska Łeba, żyjąca z turystyki, została bez dostaw gazu, ponieważ firma go dostarczająca miała powiązania z rosyjskim kapitałem. Sytuacji awaryjnej – bo jednak gaz do miejskiej sieci dostarczać trzeba – nie przewidziano. Poprzestano na ogólnikowej konstatacji, że bilans zdywersyfikowanych dostaw gazu w makroskali jest dla nas korzystny.

Podobnych przypadków było więcej. Obnażyły systemowe luki pomiędzy sankcjami a bezpieczeństwem obywateli w mikroskali, gdy chodzi o bezpieczeństwo energetyczne czy zaopatrywanie w inne podstawowe dobra. Rykoszetem oberwali polscy pracownicy firm z podejrzanym kapitałem. Inteligentne sankcje celowane w szefów nie ominęły także ich. A w ręce skarbowców oddano decyzje, czy pracownik, którego czeka na przykład kosztowny zabieg medyczny, dostanie wypłatę. Podobno w jednostkowych wypadkach będzie to możliwe.

Teraz objęci przez polskie władze sankcjami ruszają z odwołaniami. To kluczowy moment dla oceny skuteczności, praworządności i wiarygodności naszego państwa. Restrykcje i zakazy wobec wspierających wojnę są słuszne i Polska solidarnie współdziała tu z resztą wspólnoty międzynarodowej, która zamrażając rosyjskie kapitały, uniemożliwia finansowanie dalszych zbrodniczych działań zbrojnych. Dlatego tak ważne jest, żeby zrobić to nie tylko szybko, ale też dobrze – czyli bezpiecznie dla państwa, jego mieszkańców, a ponadto praworządnie. Nie można tolerować uznaniowości władz i prawnego chodzenia na skróty. Nie można także dopuścić do omijania sankcji i na przykład szybkiego przewłaszczania majątku na „słupy”, bo to ośmieszyłoby państwo.

Było do przewidzenia, że ci, których działalność zamrożono z powodu wojny w Ukrainie, nie położą uszu po sobie i będą walczyć we wszystkich instancjach – urzędowych, skarbowych i na końcu przed sądami administracyjnymi. Normalna sprawa, szczególnie gdy chodzi o wielkie pieniądze, a uchwalone przepisy przewidują możliwość odwołania się od nałożonych sankcji.

Tak jest w tym przypadku. I w interesie nas wszystkich leży, aby na końcu tej procedury okazało się, że sankcje nałożono skutecznie – bo praworządnie, z dochowaniem wszelkich wymogów. To dużo większa satysfakcja niż szybki efekt na początku i ciche przyznanie się do błędu w finale.

Czytaj więcej

Już 37 podmiotów z rosyjskim kapitałem walczy o odmrożenie części aktywów w Polsce