Jak prawnik definiuje to, co się zdarzyło 9 maja na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie?


W świetle prawa – w tym międzynarodowego – jest to naruszenie nietykalności osobistej dyplomaty. Oddzielmy tu zrozumiały ze wszech miar gniew sprawców, ich poczucie skrzywdzenia i emocje wszystkich odbiorców – wszyscy czujemy kroplę gorzkiej satysfakcji. Ale pozostawiając to na boku, wróćmy do kwestii dyplomacji – ona rządzi się swoimi prawami.


Czytaj więcej

Ambasador Rosji oblany farbą. Były rzecznik Policji: Bardzo poważny błąd

A więc?

Dyplomacja to oficjalna aktywność organów państwa, które w profesjonalny sposób utrzymują i prowadzą relacje międzynarodowe. Ale to także ludzie, którzy – aby prowadzić je skutecznie i bezpiecznie – muszą być chronieni. I po trzecie dyplomacja to sztuka osiągania celów, co wymaga szczególnych starań. Zespołowi ludzkiemu należy się ochrona fizyczna, gwarantowana twardym prawem, ale też normami protokołu dyplomatycznego, który wymaga szczególnej dbałości i delikatności.


Czyli w praktyce?


To oznacza z jednej strony zakaz stosowania środków przymusu, aresztowania czy zatrzymania. I – to wymóg protokołu dyplomatycznego – traktowanie z należytym szacunkiem. Z drugiej strony w grę wchodzi zapewnienie ochrony i zapobieganie atakom. Ta ochrona ma trzy oblicza: państwo musi mieć przepisy zabraniające naruszania nietykalności dyplomatów, ma też obowiązek ścigać takie naruszenia i im zapobiegać.


Mamy przepisy, mamy organy ścigania, ale czy podjęliśmy wystarczające kroki, by temu zapobiec?


Wiemy, że była nota polskich władz do strony rosyjskiej, w której odradzano ambasadorowi Andrejewowi udział w takim wydarzeniu i wskazano, że miałoby ono charakter prowokacyjny. Ale należało doprowadzić do skutecznej ochrony policyjnej – skoro dyplomata jednak udał się na miejsce.


No ale stało się. Co teraz?


Trzeba przeprowadzić postępowanie, ukarać winnych. Państwo polskie powinno także podjąć działania odcinające się od tych akcji – wskazać, że nie są to działania oficjalne, aprobowane i firmowane. Obowiązki państwa bowiem to więcej niż ostrzeżenie ambasadora. Tego zabrakło i nie zyskamy na tym jako państwo polskie, nie zyskają też Ukraińcy.


Czy można było zabronić dyplomacie uczczenia rocznicy zakończenia wojny albo narzucić jej formę? 


Zauważmy, że ambasador nikogo nie atakował, przyszedł na cmentarz z kwiatami. Owszem, to perfidne i prowokacyjne – ale do tego doszło, więc należało zapewnić mu ochronę. Zabronić nie było można, ale czasem w różnych sytuacjach stosuje się tzw. manewry lub choroby dyplomatyczne.


Co to takiego?


To fortel. Polega na tym, 
że nie podaje się w pełni prawdziwych przyczyn jakiegoś działania. Julian Sutor, wybitny ekspert prawa dyplomatycznego, podaje przykład z 17 września 1993 r. Rosyjski minister obrony Andriej Graczow miał tego dnia uczestniczyć w Warszawie w uroczystości pożegnania ostatnich rosyjskich żołnierzy wyjeżdżających z Polski. 
Gdy jednak w Moskwie uświadomiono sobie symbolikę tej daty, Graczow nagle zaniemógł – lekarze zalecili mu profilaktyczny trzydniowy odpoczynek i to dokładnie 16–18 września. Ambasador Rosji dziś oczywiście nie zechciał się „rozchorować”, ale polska strona mogła wykonać inny manewr.

Zamknąć cmentarz żołnierzy radzieckich?

Artykuł 26 konwencji wiedeńskiej gwarantuje dyplomatom swobodę poruszania się – ale z wyłączeniem stref, do których wstęp jest zakazany lub ograniczony ze względu na bezpieczeństwo państwa. I moim zdaniem nie było przeszkód, by uznać ten cmentarz za zasługujący na wyłączenie przez kilka dni, właśnie ze względu na bezpieczeństwo. I nawet nie trzeba było mówić, że np. nagle znaleziono tam jakiś niewybuch, zawaliło się drzewo czy coś podobnego. Można było po prostu powiedzieć, że ewentualny atak, który w tym miejscu może nastąpić na jakichkolwiek obcych dyplomatów, nie jest bezpieczny dla strony 
polskiej.


Z pewnością nie jest. Jak pani to uzasadnia?

Istotą stosunków międzynarodowych jest ich dwustronność. I dziś możemy się liczyć z wzajemnością, czyli z tym, że polscy dyplomaci w Rosji mogą być źle potraktowani, może im się coś przytrafić.

Jest wojna. Wprawdzie w niej nie uczestniczymy bezpośrednio, ale opowiedzieliśmy się jasno po stronie Ukrainy i mimo to także nie zerwaliśmy stosunków dyplomatycznych z Rosją, bo najwidoczniej uważamy te polsko-rosyjskie stosunki za potrzebne i korzystne, i to zarówno dla nas, jak też dla Ukraińców. I ten incydent – choć emocjonalnie w pełni zrozumiały – narusza wykonywanie pracy dyplomatycznej.


Czemu stosunki dyplomatyczne w czasie wojny są przydatne?

Normalnie mają one kilka funkcji. Reprezentacyjną, czyli głównie składanie oświadczeń, udział w uroczystościach. Ale także funkcję ochrony interesów swej ojczyzny i opieki nad jej obywatelami. Dyplomaci wykonują kroki i zabiegi w tym kierunku, tzw. démarche. Istotna jest także funkcja negocjacyjna, czyli komunikacja między stronami, i funkcja informacyjna – tzw. biały wywiad, za pomocą którego legalnymi metodami zbiera się dane, co w kraju przyjmującym się dzieje. Mamy jeszcze funkcję promocyjną i konsularną.


Które są dziś najważniejsze?

Ochrony interesów i opieki, negocjacyjna i informacyjna. To tzw. 3D.: démarche, dementi nieprawdziwych czy szkodliwych informacji o swym kraju i désavouer, czyli umniejszanie znaczenia niektórych niekorzystnych dla nas zdarzeń. Temu incydentowi z cmentarza żołnierzy radzieckich Polska powinna właśnie próbować odebrać znaczenie i starać się nie dopuścić do działań odwetowych. Mimo wojny i strat wizerunkowych warto bowiem utrzymać stosunki dyplomatyczne. I powinniśmy utrzymać je sprawnymi.


Czy taki incydent to dobry moment na obniżenie rangi stosunków dyplomatycznych? Odwołanie ambasadora RP z Moskwy lub wydalenie z Warszawy ambasadora Rosji?


To zawsze jest decyzja polityczna, a nie prawnicza. Trzeba, z uwzględnieniem wszelkich posiadanych danych, zważyć, co się bardziej opłaca. Dotąd uważaliśmy, że bardziej opłaca się nam – i jak sądzę Ukrainie – utrzymywanie polsko-rosyjskich stosunków dyplomatycznych. Pytanie, co dalej. Ale to nie ten incydent powinien wpłynąć na nasze decyzje. Był niefortunny, bo emocje – w pełni zrozumiałe – były napięte. Dyplomacja w czasie wojny to chodzenie po polu minowym, najtrudniejsze jest rozpoznanie właściwych ścieżek i decyzja, czy w ogóle iść dalej.

Jakie byłyby konsekwencje obniżenia rangi stosunków?


W dyplomacji jest tak, że osoba na placówce utrzymuje relacje na miejscu z osobą tej samej rangi i klasy. Polski dyplomata utrzymuje kontakty ze swymi odpowiednikami w Rosji. Gdybyśmy obniżali rangę stosunków, utracilibyśmy pewne źródła informacji i komunikacji. 
A te w warunkach konfliktu zbrojnego mogą być 
bezcenne.