Tak było przed rokiem i dwa lata temu, kiedy przez wiele miesięcy opinia publiczna, a także sami prokuratorzy zastanawiali się, czy Andrzej Seremet, niezależny prokurator generalny, straci stanowisko. To już taka świecka tradycja.
Brak przyjęcia sprawozdania przez premiera może uruchomić procedurę jego odwołania w parlamencie.
A że kryteria oceny są czysto uznaniowe, a precyzyjnego terminu na przyjęcie sprawozdania nie ma, niepewność Seremeta, a z nim całej instytucji trwa.
Obiektywnie powodów merytorycznych za odwołaniem brak. W ostatnim roku nie wydarzyło się nic szczególnego. Nie doszło do gwałtownego wzrostu przestępczość, czy paraliżu prokuratury itd.
Skąd zatem to wahanie premiera? Czy milczenie nie jest swoistym środkiem dyscyplinującym?
Sytuacja jest wręcz patologiczna. Nie może być bowiem tak, że jedna instytucja państwowa poddawana jest swoistemu szantażowi drugiej.
Kilka lat temu szumnie ogłoszono rozdział prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Miał to być milowy krok w kierunku niezależnej prokuratury.
A to pozory. Mechanizm przyjmowania sprawozdania przez premiera stawia przy tej niezależności duży znak zapytania. Zresztą nie tylko on. Trudno mówić o niezależności, skoro prokurator generalny nie ma wpływu bezpośredniego na własny budżety, a nawet na regulamin instytucji.
Obecnie trwają prace nad dużą zmianą ustawy o prokuraturze. Warto, aby ustawodawca w końcu rozstrzygnął ten problem. Dajmy prokuratorowi generalnemu niezależność albo wróćmy do modelu ministra sprawiedliwości i prokuratora w jednym.
Dziś iluzoryczność tej niezależności zachęca takich ekspertów od prokuratury jak poseł Stefan Niesiołowski, który opowiedział się dziś w mediach za nieprzyjęciem sprawozdania PG. Oceniając prokuraturę przez pryzmat „czepialstwa" w sprawie zegarków Sławomira Nowaka czy też nadgorliwości w dalszym prowadzeniu śledztwa smoleńskiego.
Czy nie lepiej od tego rodzaju ocen trzymać prokuraturę daleko?