Przed laty przeprowadzałem wywiad z nieżyjącym już mecenasem Tadeuszem de Virion. Starszy pan o mocno posiwiałych włosach opowiadał o tzw. adwokatach diabła i o tym, dlaczego prawnicy nie powinni odmawiać pomocy nawet oskarżonym o najcięższe zbrodnie.
Mecenas starannie dobierał słowa. W wypowiadanych zdaniach słyszało się każdy przecinek, a na końcu kropkę. I nie sama treść, ale sposób wypowiedzi wywarł na mnie największe wrażenie. Kiedy spisywałem później tę rozmowę z taśmy magnetofonowej, nie musiałem praktycznie nic zmieniać. Zdania idealnie przelewały się na papier. Jakby były odczytywane z kartki.
Takich rozmówców spotkałem niewielu. De Virion miał ten dar, który służył mu też jako narzędzie pracy.
Dla mnie stał się swoistym typem antropologicznym prawnika. Tak się dzieje, kiedy ktoś wyobraża sobie przedstawiciela jakiejś profesji. Dlaczego o tym wspominam? Ostatnio na łamach „Rz" opisywaliśmy nowe zjawisko na polskim rynku prawniczym. Chodzi o butiki czy bary prawne powstające przy supermarketach i centrach handlowych. Zakładają je walczący o wejście na rynek młodzi prawnicy. Czerpią z zachodnich wzorców, tzw. Tesco Law, które od lat działają w wielu krajach, np. w Wielkiej Brytanii, gdzie sieć obejmuje już tysiące sklepów.
I tak przyszło mi do głowy, że typ antropologiczny adwokata, prawnika także się zmienia. Powściągliwość adwokackiej kancelarii gdzieś znika, zastępuje ją walka o rynek, klienta, internet, szukanie niszy. Zmienia się wręcz siatka pojęciowa i do słownika prowadzących kancelarie wchodzą słowa, które dotychczas były zarezerwowane raczej dla zwykłego biznesu.