Rz: Jako młody prawnik znalazł pan niszę na rynku. Reprezentuje pan pacjentów, czasem ciężko chorych, w sporach ze szpitalami czy NFZ. Skąd ten pomysł?
Bartłomiej Kuchta: Wszystko zaczęło się od tego, że jeszcze na studiach zachorowałem. Zdiagnozowano u mnie zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa. Byłem przekonany, że lekarze podadzą mi każdy lek, żebym tylko wyzdrowiał. Okazało się jednak, że to nie takie proste. Na leczenie skutecznym, nowoczesnym preparatem, który zahamuje postęp choroby, zgodę musiał wydać NFZ. Nie wydał. Wykupiłem leki, ale postanowiłem walczyć o swoje. Sprawą zajmowały się Naczelny Sąd Administracyjny i sądy powszechne, które orzekły, że zgodnie z prawem nie wolno przerywać leczenia z powodów pozamedycznych, np. z braku pieniędzy w kasie szpitala. Zasądziły zwrot pieniędzy wydanych na leki.
To było już na aplikacji.
Wcześniej interesowało mnie bardziej prawo handlowe i gospodarcze. Okazało się jednak, że nikt się w prawie medycznym nie specjalizuje. Nie było tego typu spraw. Postanowiłem się tym zainteresować, bo wszyscy wychodzili z założenia, że skoro NFZ czegoś odmawia, to lek czy zabieg się nie należą. Szybko zauważyłem, że przepisy dotyczące ochrony zdrowia są często wzajemnie sprzeczne i pełne luk, a decyzje NFZ uznaniowe. Po moich sukcesach zaczęli się do mnie zgłaszać pacjenci i ich organizacje.
Dużo jest na rynku osób, które reprezentują koncerny farmaceutyczne. Przedstawicieli pacjentów wciąż brakuje.