„Płaca minimalna to bardzo szkodliwe rozwiązanie. Powinna być liberalizacja gospodarki polegająca na tym, żeby zostawić wolność umowy zatrudnienia pomiędzy pracodawcą a pracownikiem” – autorem tych słów nie jest bynajmniej Leszek Balcerowicz tudzież inny zatwardziały mainstreamowy liberał, a poseł Roman Fritz z Konfederacji Korony Polskiej; partii Grzegorza Brauna, która – ku niemal powszechnej zgrozie, bo również podzielanej przez polityków PiS – zalicza ostatnio pokaźne sondażowe zwyżki.
Czytaj więcej
Po interwencji organizacji pozarządowej najpopularniejsza platforma społecznościowa wśród młodzie...
Jednocześnie roztaczany jest wokół Brauna nimb nowości. W końcu, wyłączając kompletny margines, w III RP nie było polityka, który tak ostentacyjnie obnosiłby się ze swoim antysemityzmem. W tym sensie lider KKP jest „antysystemowy”. Niewykluczone, że jest to jedna z niewielu spraw, w których faktycznie Braun reprezentuje coś dotąd niewidzianego. Jego program ekonomiczny – czyli jedna z kilku kluczowych spraw, w jakich politycy powinni mieć poglądy i propozycje – to bowiem zwulgaryzowana i uskrajniona wersja tego, co liberalny mainstream polityczny i medialny mówił przez ostatnie 30 lat.
Grzegorz Braun jest owocem wieloletniej liberalnej hegemonii intelektualnej
Przypomnijmy sobie, co się działo, gdy za rządów Prawa i Sprawiedliwości podnoszono płacę minimalną. Głosom, że firmy masowo się zamkną, a bezrobocie wzrośnie (do czego nie doszło) nie było końca. Podobnie sprawa się miała z programem 500+; Polacy mieli przepijać świadczenia, a budżet miał się zawalić. Nie zawalił się.
Tamte dyskusje były jednak echem tego, jak debata ekonomiczna wyglądała przez poprzednie dekady wolnej Polski – każdy musiał być kowalem własnego losu, a państwo fundamentalnie miało utrudniać ludziom życie. Estera Flieger kilkukrotnie celnie pisała na łamach „Rzeczpospolitej”, że taki dyskurs wychował wyborców Konfederacji; jak widzimy, położył również podwaliny pod to, co mówią dziś współpracownicy Grzegorza Brauna.