Takiej debaty wygrać się zresztą nie da. Po pierwsze, każdy sztab chwali swojego faworyta do tego stopnia zaciekle, że odmawia nawet przyznania, kto z konkurencji wypadł najlepiej.

Debaty prezydenckie jak zaklinanie rzeczywistości

Po drugie, chwali swojego tak mocno, jakby bezapelacyjnie wygrał, nawet jeśli ewidentnie przegrał. Po trzecie, to zaklinanie rzeczywistości traktowane jest jako immanentna część debaty, która wpływa na ostateczny werdykt wyborców i konsumentów newsów. Im mocniej sztaby idą w zaparte, tym szybciej rośnie wysoka ocena ich liderów – przynajmniej teoretycznie.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: 224 minuty piekielnych mąk, czyli co zapamiętamy z prezydenckiej debaty w TVP?

Poza tym jasno widać, że demokracja jeńców nie bierze: w wyborach może wystartować każdy, pod warunkiem że zbierze wymaganą liczbę podpisów i ukończył 35 lat. Nawet jeśli jest wariatem, rosyjskim agentem, czy osobą po prostu mało inteligentną. A w debacie nawet najpoważniejszy kandydat zderzyć się z nimi musi.

Debaty prezydenckie jak zapasy w błocie

Co więcej, z debaty na debatę coraz więcej planowanych jest bezpośrednich interakcji między kandydatami, bo to sprawia, że wydarzenie ma charakter bardziej ludyczny i oglądalność rośnie. I jak się już „poważny” kandydat sklei z „niepoważnym”, to na mur-beton i na wieki. A redaktorzy, eksperci i publiczność mają satysfakcję, że takiego „wielkiego polityka” zmuszono do zapasów w błocie z osobą, której na co dzień nie podałby ręki.

Czytaj więcej

Szymon Hołownia wrzuca film z „zawartością” koperty Rafała Trzaskowskiego

Czy to znaczy, że takie starcia nie mają sensu? Nie, są tylko nieodrodnymi dziećmi swoich czasów, a nawet swoich pięciu minut – im mniej poważna jest polityka, im bardziej się przekształca w mem z mediów społecznościowych – tym bardziej debaty stają się ringiem na pojedynki freak fightowe. A to przecież i tak jedyny sposób, w który wyborca może zweryfikować kandydatów, którzy na co dzień występują z okrągłymi deklaracjami, w otoczeniu dworów i na cieplarnianych wiecach, gdzie dojście do głosu jest prawie niemożliwe. Podczas debat muszą pokazać, czy są w stanie się opanować, nie dać wybić z rytmu czy znaleźć ripostę na pytanie, nawet zupełnie idiotyczne.

Debaty prezydenckie zniechęcą do pójścia na wybory?

Więc, trudno, brniemy w ustawianie flag i inne polityczne hołupce, które dają złudzenie wyborcom, że uczestniczą w czymś ważnym. Byle tylko nie skończyło się na przekonaniu, że jak ktoś wytrzymał cztery godziny przed telewizorem, to w niedzielę już nic nie musi.

Musi, nawet jeśli nie chce.

Autorka

Zuzanna Dąbrowska

Zastępczyni redaktora naczelnego PAP