Krzysztof Janik: PO-PiS czas zakończyć. Rząd Donalda Tuska musi zdecydowanie postawić na modernizację państwa

Po latach politycznych przepychanek między PiS i PO czas na nowe otwarcie. Miarą kompetencji nowego rządu Donalda Tuska będzie to, jak poradzi sobie ze stojącymi przed państwem polskim wyzwaniami modernizacyjnymi.

Publikacja: 13.12.2023 18:11

Premier Donald Tusk podczas wypowiedzi dla mediów przed szczytem UE–Bałkany Zachodnie w Brukseli

Premier Donald Tusk podczas wypowiedzi dla mediów przed szczytem UE–Bałkany Zachodnie w Brukseli

Foto: PAP/Marcin Obara

Media wszelakiego rodzaju są pełne dobrych rad dla Donalda Tuska. Rozliczyć czy sobie darować, poprzestając na karze wymierzonej przez wyborców? Przywrócić praworządność – ale jakimi metodami? Naginając prawo czy nie? Może tylko troszeczkę, ale wszak w słusznym celu. Tak w ogóle, to od czego zacząć: od gospodarki, polityki zagranicznej czy może edukacji? Pytania te można mnożyć, zwłaszcza że tak naprawdę brakuje nam pełnej wiedzy o stanie państwa, wydolności jego instytucji i sprawności aparatu czy też rzeczywistej kondycji społeczeństwa. Podstawową cechą rządów Jarosława Kaczyńskiego nie było li tylko naginanie prawa, ale budowanie stanu bałaganu, zacieranie konstytucyjnych granic kompetencji i zadań poszczególnych organów państwa, skrywanie procesów dochodzenia do decyzji i rzeczywistych konsekwencji ich realizacji. Prawo – jak za PRL-u – było tylko narzędziem realizacji celów politycznych i ideologicznych.

Rząd nie jest od rozliczeń ani od pojednania

Donald Tusk musi to jakoś uporządkować. Triada „rozliczyć, naprawić, pojednać”, choć dobrze brzmi, jest równie bałaganiarska. Dajmy sobie spokój z Trybunałem Stanu, nikogo nowa władza przed nim nie postawi, bo choć naruszenia prawa są oczywiste, to nowa koalicja nie ma takiej siły w parlamencie, aby stosowne wnioski przegłosować. Nie obiecujmy zatem rzeczy, których nie da się zrealizować. Postawmy na cywilizowany sposób odpowiedzialności karnej, tu efekty mogą być szybsze i bardziej czytelne dla szerokich kręgów społeczeństwa. Postawmy na pełną informację o nadużywaniu prawa, o nieprzyzwoitych korzyściach osobistych osiąganych przez czeredę ludzi, którzy wykorzystali władzę PiS dla siebie. „Kradną, ale się dzielą” – powiadał lud. To pokażmy ludowi proporcje: ile ukradli, a ile dali, pokażmy tych znajomków, pociotków, żony, matki i kochanki. Koniecznie zróbmy raport otwarcia, tam gdzie trzeba, nie odmawiając PiS-owi osiągnięć, a gdzie trzeba, wskażmy na błędy: zamierzone i nie. Ale na miłość boską, niech się tym zajmą think tanki, partie polityczne, a nie rząd! Dajmy granty na te raporty, niech swoje przemyślenia przedstawią uczeni i intelektualiści – od Klubu Jagiellońskiego aż po Centrum Daszyńskiego – ale rząd nie jest od tego.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Bardzo polityczny rząd Donalda Tuska

Rząd nie jest też od pojednania. Pojednanie to długi proces, który jest raczej nabywaniem zdolności dialogu, wzmacnianiem więzi społecznych, wypracowywaniem nawyku wspólnego działania niż ujednolicaniem myślenia. Nie ulega wątpliwości, że ponad 7,5 mln Polek i Polaków myśli inaczej niż ponad 11 mln ich rodaków. W niektórych rzeczach się zgadzają, w innych nie. I niech tak pozostanie, bo jednomyślność do niczego nie jest nam potrzebna. Idzie tylko o to, aby umożliwić im wzajemny dialog, nauczyć wartości kompromisu (akurat PiS zajmuje tu przeciwstawne stanowisko), zachęcić do szacunku dla odmienności i podejmowania prób wspólnej realizacji uzgodnionego minimum. Rząd, a raczej partie polityczne go tworzące mogą tu być aktywne, zgłaszać stosowne postulaty, inicjować dyskusję i spory polityczne (także wewnątrz koalicji). Rząd natomiast, w którego składzie nie ma liderów partyjnych, bo wszak ich poza Tuskiem i Kosiniakiem-Kamyszem nie będzie, może tym inicjatywom sprzyjać, to jasne. Ale przede wszystkim ma sprawnie administrować krajem, podejmować czytelne i racjonalne decyzje, wykazywać się profesjonalizmem w działaniu i korespondować z obywatelami poprzez podejmowane decyzje, a nie PR-owe zagrania.

Ale władzę posiada koalicja. Zbyt dużo widziałem w polityce, aby przywiązywać do tej konstrukcji wielką wagę. Większość polskich rządów upadała z powodu wyrzucenia kogoś z koalicji bądź odejścia jednego z koalicjantów. Powody były różne, nie zawsze merytoryczne. Jeśli coś te koalicje spajało, to jakaś wielka idea, wspólny cel, który wymykał się regułom doraźnego rządzenia. Na początku to była modernizacja gospodarki, potem przystąpienie do NATO i Unii Europejskiej. To było nawet ważniejsze niż podziały historyczne. Postkomunista stawał ramię w ramię z antykomunistą, na sali sejmowej wykłócali się o szczegóły, potem szli „do Maliszewskiego” (młodzieży wyjaśniam, że to była sejmowa restauracja) i uzgadniali kompromis. Wiedzieli, że tak trzeba. Nawet rządy mniejszościowe, których wtedy nie brakowało, dawały radę, bo ta naczelna idea była silniejsza niż doraźne podziały polityczne.

Po 2005 r. wielkie cele ustąpiły doraźnym, politykę państwową zastąpiła partyjna. Wydawało się, że wspólnym dążeniem – Tuska i Kaczyńskiego – było zbudowanie systemu dwupartyjnego, w którym dwie partie wymieniałyby się państwem, trudem zarządzania nim i fruktami z tego tytułu płynącymi. System posiadałby swoje centrum, prawicę i lewicę. Także elektorat miał być podzielony, plemienny. Hutu stałoby za Kaczyńskim, Tutsi za Tuskiem albo na odwrót. Było już prawie blisko, ale się rypło. Kaczyński chciał zepchnąć całą opozycję do jednego narożnika i wreszcie zrealizować ten zamiar. Nie wyszło. Polska pozostanie krajem wielopartyjnym i chwała Bogu. Gorzej, jeśli jej obywatele pozostaną w różnych kulturach i językach politycznych, w stanie nieufności wobec instytucji politycznych i poważnych wyzwań tylko dlatego, że mówią o nich ci inni – „wrogowie”.

Po tych przepychankach czas na nowe otwarcie. Upierałbym się przy tezie, że nadchodzi czas modernizacji państwa polskiego. Nie „naprawy” – modernizacji, przebudowy. Mam stosowną legitymację, adekwatną do wieku i doświadczenia, aby twierdzić, że funkcjonujemy w ramach wyznaczonych przez PRL. To w niej mieliśmy do czynienia z przenikaniem się aparatu partyjnego i państwowego, to w niej jak zaufany towarzysz nie sprawdzał się w budownictwie, to szedł „na kulturę” albo do przemysłu. Media były jawnie partyjne, a jak nie, to udawały tylko apolityczność. Tajne i jawne służby, wymiar sprawiedliwości, dyplomacja też były „nasze”. Organizacje pozarządowe były trzymane krótko i „karmione” publicznym pieniądzem tylko wtedy, gdy były „z nami”. Jak nie, to przymierały głodem. Kościół też nie płakał, za wchodzenie w politykę (a wchodził) otrzymywał stosowne gratyfikacje. Oczywiście na miarę ówczesnych możliwości.

Elektorat PiS musi dostrzec, że nie został wypchnięty poza państwo polskie, a nastawiony propaństwowo aktyw tej partii nie musi przeżywać frustracji z tego powodu, że nie ma już na nic wpływu

Czas bezpowrotnie zerwać z tym modelem. Niektóre rzeczy są proste. Odbudowanie służby cywilnej, szacunek dla profesjonalizmu, wyraźna granica między tym, co państwowe a co nie. Jawne, otwarte konkursy na stanowiska urzędnicze, przejrzyste kryteria naboru. Otwarcie się na inne poglądy, stworzenie tym, którzy poparli PiS, możliwości wpływania na politykę państwa. Dla wartościowych ludzi z zaplecza tej partii, a są zapewne tacy, miejsca w organach doradczych z rekomendacji koalicyjnych władz i partii. Rozważyłbym nawet taką propozycję, aby ministrowie koalicyjni powołali społeczne rady doradcze z udziałem przedstawicieli wszystkich klubów parlamentarnych (nie parlamentarzystów), stawiając na kwalifikacje intelektualne i kompetencje zawodowe osób do nich desygnowanych. Mamy wszak zapomnianą tradycję Politycznego Komitetu Doradczego przy ministrze spraw wewnętrznych, który dbał o apolityczność policji i pozostałych służb mundurowych oraz strategię rozwojową tych formacji. Nie widzę przeciwwskazań, aby podobne komitety funkcjonowały przy innych ministrach, opracowując lub tylko opiniując dokumenty i zamiary strategiczne. Elektorat PiS musi dostrzec, że nie został wypchnięty poza państwo polskie, a nastawiony propaństwowo aktyw tej partii nie musi przeżywać frustracji z tego powodu, że nie ma już na nic wpływu.

Prawdziwe wyzwania stojące przed rządem Donalda Tuska

Ale są rzeczy trudniejsze. To reforma systemu egzekwowania prawa. Dobrze państwo czytacie, wcale nie chodzi li tylko o wymiar sprawiedliwości, niezawisłość sędziowską czy niezależność prokuratorów. Na ten ciąg technologiczny – wykrycie przestępstwa, zebranie dowodów, akt oskarżenia, wyrok sądu – trzeba spojrzeć całościowo. Zastanowić się nad rolą formacji policyjnych, rolą prokuratora czy instytucji pre- i parasądowych. Policja i służby specjalne powinny być od ustalenia sprawców i zebrania dowodów (może pod nadzorem sędziego śledczego?), a prokurator być pierwszym niezależnym organem weryfikującym te materiały. Nie rzecznikiem oskarżenia tworzącym jednolity front z policjami, lecz rzecznikiem praworządności, krytycznie weryfikującym wyniki prac śledczych. Może nawet tym, który odciąży sądy od spraw drobnych, oczywistych, w których karę mógłby uzgodnić z winnym i na tym zakończyć postępowanie. Do tego uproszczenie postępowania sądowego, bez powtarzania wszystkich czynności. To byłaby prawdziwa reforma, której trudno byłoby zarzucić upartyjnienie czegokolwiek, a i opozycja wraz z prezydentem miałaby z tym kłopot.

To też umocnienie samorządów. Trzeba przejrzeć na nowo podział zadań pomiędzy administrację rządową a samorządową. Przeanalizować efektywność poszczególnych podmiotów samorządowych, przyjrzeć się zmianom osadniczym. Uwzględnić postęp technologiczny i organizacyjny w systemach informacyjnych i kwalifikacjach ludzi, który dokonał się przez ostatnie 25 lat, od ostatniego takiego przeglądu. Uwzględnić konieczność rozszerzania wpływu obywateli na funkcjonowanie władz lokalnych (głosowanie internetowe?), przyjrzeć się siatce instytucji lokalnych, systemowi wsparcia lokalnych organizacji pozarządowych. Dostosować do tego schemat finansowania samorządów terytorialnych, wzmacniając ich dochody własne.

Czytaj więcej

Znamy pierwszą decyzję nowego ministra sprawiedliwości

Realizacja powyższego postulatu wiąże się z kolejnym. To cyfryzacja. Każdy, kto ma jakikolwiek kontakt z młodym pokoleniem, dobrze wie, że odwrotu od cyberprzestrzeni już nie będzie. Trzeba by zatem modernizację państwa sprząc z dostępnym nam dziś instrumentarium cyfrowym i jego perspektywami rozwojowymi. Nie w intencji inwigilacyjnej, jak lubi władza i obsługujące ją służby, lecz po to, by usprawnić proces artykulacji politycznej. Uprościć proces decyzyjny w administracji publicznej i uczynić go przejrzystym. Ułatwić życie obywatelom i urzędnikom zarządzającym politykami publicznymi. Stworzyć platformę więzi obywatela z jego państwem, władzami i administracją, na której prawie każdy z obywateli otrzymałby odpowiedź na jego postulaty i petycje o charakterze obywatelskim. Słabością państwa polskiego jest to, że jego obywatele nadal odczuwają je jako organizm zewnętrzny, mądrze zrobiona cyfryzacja pozwoli obywatelom znaleźć się w jego środku.

Wreszcie w tej kadencji postawić na nogi trzeba kwestię imigracji. Pisałem na tych łamach o niej niedawno, nie chcę do tego wracać. To będzie narastający problem ekonomiczny i polityczny. Także obszar podziałów społecznych, często w poprzek dotychczas istniejących. Rozwiązanie tego problemu, osłabienie lęków społecznych, mądre wykorzystanie tysięcy imigrantów, którzy się znajdą w Polsce, będzie miarą kompetencji tego nowego rządu. Jego zdolności do zaprojektowania i przeprowadzenia modernizacji państwa. Bo w gruncie rzeczy o to tu chodzi.

Autor

Krzysztof Janik

Polityk i politolog. Były przewodniczący SLD, był szefem MSWiA w rządzie Leszka Millera. Profesor w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego

Media wszelakiego rodzaju są pełne dobrych rad dla Donalda Tuska. Rozliczyć czy sobie darować, poprzestając na karze wymierzonej przez wyborców? Przywrócić praworządność – ale jakimi metodami? Naginając prawo czy nie? Może tylko troszeczkę, ale wszak w słusznym celu. Tak w ogóle, to od czego zacząć: od gospodarki, polityki zagranicznej czy może edukacji? Pytania te można mnożyć, zwłaszcza że tak naprawdę brakuje nam pełnej wiedzy o stanie państwa, wydolności jego instytucji i sprawności aparatu czy też rzeczywistej kondycji społeczeństwa. Podstawową cechą rządów Jarosława Kaczyńskiego nie było li tylko naginanie prawa, ale budowanie stanu bałaganu, zacieranie konstytucyjnych granic kompetencji i zadań poszczególnych organów państwa, skrywanie procesów dochodzenia do decyzji i rzeczywistych konsekwencji ich realizacji. Prawo – jak za PRL-u – było tylko narzędziem realizacji celów politycznych i ideologicznych.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Dubravka Šuica: Przemoc wobec dzieci może kosztować gospodarkę nawet 8 proc. światowego PKB
Opinie polityczno - społeczne
Piotr Zaremba: Sienkiewicz wagi ciężkiej. Z rządu na unijne salony
Opinie polityczno - społeczne
Kacper Głódkowski z kolektywu kefija: Polska musi zerwać więzi z izraelskim reżimem
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Wybory do PE. PiS w cylindrze eurosceptycznego magika
Opinie polityczno - społeczne
Tusk wygrał z Kaczyńskim, ograł koalicjantów. Czy zmotywuje elektorat na wybory do PE?