Zapewne nie ja jeden wczesną jesienią z przerażeniem przyglądam się termometrowi, który prócz swej głównej funkcji odmierza czas do początku sezonu grzewczego. Niższe poziomy słupka czerwonego płynu (chwała Bogu, już nie rtęci) są jak alarm i z dnia na dzień ostrzegają przed nadejściem smogu. A potem przychodzi ten dzień, kiedy Polacy zaczynają grzać. I wtedy zaczyna się piekło. Kominy jak kraj długi i szeroki wyrzucają gęsty lepki dym. Jeśli jest wiatr, to fala niosącej grozę trucizny jeszcze się jakoś rozprasza. Jeśli nie ma, nad polskimi wsiami, miasteczkami czy miastami zalega powłoka szybko działającej trucizny. Trudno przez te kłęby dymu zobaczyć budynki; najstraszniejsze są widoki miejscowości w rejonach górskich. Tam, a bywa tak regularnie w Zakopanem, Nowym Targu czy Żywcu, z pewnej odległości miast nie widać wcale, może jakieś sterczące tu i ówdzie wieże kościołów, resztę doskonale zasłania gęsta powłoka benzo(a)pirenu.

Co ważne, o tym, że smog jest śmiertelnym zagrożeniem, wiemy od dawna. Wiemy, że co roku wskutek chorób związanych z zanieczyszczeniem powietrza umiera ok. 50 tys. Polaków, ot populacja takiego podwarszawskiego Piaseczna. Ale mało z tego wynika. Nie umiemy sobie narzucić dyscypliny, podobnie jak nie umie skutecznie walczyć z trucicielami państwo. Przed kilku laty powiało optymizmem, uaktywniły się instytucje alarmujące, wygospodarowano pieniądze na wymianę najgorszych pieców, rozpoczęto skuteczną edukację na rzecz jakości tego, czym oddychamy. To jednak pieśń przeszłości. Dziś wiemy, że ponieśliśmy ciężką porażkę. Rządowy program „Czyste powietrze” wskutek absurdalnie skomplikowanych procedur przyniósł niewielkie efekty, a tegoroczny skok cen nośników energii powoduje, że zapominamy, iż palenie w piecach „byle czym” to zabijanie nie tylko najbliższych sąsiadów, ale też samych siebie.

Czytaj więcej

Czy nasz kraj polegnie w walce ze smogiem

Jakby tego było mało, nieodpowiedzialny lider rządzącej partii przekonuje, żeby „palić wszystkim, może poza oponami (i tym podobnymi rzeczami)”. Wsłuchany w prezesa elektorat pcha więc do pieca, co się da: szmaty, makulaturę, połamane meble, plastikowe butelki, resztki z obiadu. Kto nie wierzy, niech wyjdzie wieczorem na spacer i wwącha się w zalegające w stojącym powietrzu aromaty. Równolegle straże miejskie nie spieszą się z wymierzaniem mandatów, samorządy łagodzą uchwały antysmogowe, a politycy rozkładają ręce, argumentując, że ludzie nie mogą inaczej, bo… bieda. W efekcie znów 50 czy 100 tys. ludzi umrze tej zimy i przyszłej wiosny.

Myślę, że można taką postawę – choć to mocne słowa – nazwać narodową zdradą. Odpowiedzialni za nasz los, i to nie w jakiejś odległej przyszłości, ale jutro i pojutrze, zgadzają się na tę egzekucję na Polakach. Stać ich na budowę murów odgradzających nas od sąsiadów, megalomańskie czy po prostu głupie projekty infrastrukturalne, a nie umieją się zająć problemem, który co roku zubaża ich elektorat o 50 czy 100 tys. ludzkich istnień.

Gdzie odpowiedzialność liderów polskiej polityki? Szefa rządu, prezydenta, którzy właśnie taki antysmogowy sztandar winni wywiesić nad swoimi urzędami. Dlaczego boją się tematu? Bo to trudne, ktoś odpowie. Tak, odpowiedzialność z reguły jest trudna. Ale na tym polega rządzenie. Jeśli ktoś sobie z tym nie radzi, powinien dać miejsce innym. Panie premierze, prezydencie, Tusku, Hołownio, Kosiniaku-Kamyszu, nasze zdrowie jest w waszych rękach. Wpiszcie walkę ze smogiem na pierwsze miejsce politycznej agendy. Brońcie nas przed bolesną śmiercią na oddziałach pulmonologicznych. Ktoś musi przerwać ten łańcuch zdrady.