Kto pamięta czasy PRL, pamięta też (niestety) „wyroby czekoladopodobne”. To coś, co miało być czekoladą, ale wcale nią nie było. Donald Tusk czasy „słusznie minione” pamięta całkiem nieźle i może stąd czerpie inspirację w debacie na temat jednej listy wyborczej na opozycji.

Budowanie sojuszy to nawiązywanie porozumień programowych, personalnych i strategicznych. Mieści się w tym także i „antypis”, ale nie wystarczy. Trzeba też porozmawiać o rządzie, i to zarówno o jego składzie personalnym, jak i o programie. Może nie o wielkich ideach, bo w tej sprawie tyle opinii, ilu polityków, ale chociaż o operacyjnym kilkupunktowym planie pierwszych działań po – w co opozycja wierzy – wygranych wyborach.

To lepiej przekona wyborcę, że będzie miał okazję głosować na ludzi, którzy wiedzą, czego chcą, niż miraż jednej listy, który nie mówi nic o tym, w jakim kraju będziemy żyć po wyborach.

Czytaj więcej

PiS planuje reorganizację

Perspektywa budowania wspólnego rządu, jeszcze bez wiedzy o tym, kto ile uzbierał głosów, kto się omsknął, komu poszło lepiej, niż przewidywały sondaże, to wehikuł pozwalający na zaangażowanie obywateli w dyskusję i stworzenie wrażenia, że wreszcie politykom chodzi o coś więcej niż zbudowanie kolejnej partii władzy.

W dodatku, dzięki zorganizowaniu debat „o tym, co potem”, można by uniknąć wielkich błędów, takich jak obiecywanie kiedyś, w latach 90., przez mocno prokapitalistyczny Kongres Liberalno-Demokratyczny miliona nowych miejsc pracy, co doprowadziło do zniknięcia tej partii ze sceny. Niech każda z partii obiecuje to, co wydaje jej się najważniejsze, i na oczach publiczności spróbuje przekonać do tego innych. A potem niech liderzy wybiorą kilka postulatów wspólnych i podpiszą deklarację, która pokaże, czego się można spodziewać już po wrzuceniu kartki do urny, a nie przed.

Dyskusja o jednej liście to wyrób politycznopodobny. Ostateczne decyzje i tak zapadną dopiero po ogłoszeniu terminu wyborów i sporządzeniu focusowych sondaży, z których wynika, dlaczego obywatele chcą głosować na taką, a nie inną, partię, kto jest „opcją drugiego wyboru”, a kto może spaść pod próg wyborczy, zapewniając kolejną kadencję u władzy PiS-owi.

Mniejsze partie opozycji narzekają, że PO stawia je pod ścianą, żądając, by już teraz opowiedziały się za lub przeciw jednej liście. Donald Tusk z kolei dwoi się i troi, by przekonać wyborców, że tylko zjednoczona (oczywiście pod sztandarem PO) opozycja ma szanse wygrać. Przywołuje też sondaż IPSOS dla Oko.press, zgodnie z którym jedna lista zdobyłaby 50 proc. głosów, Nie mówi jednak o tym, że według tego samego IPSOS, w sondażu sprzed kilku dni, opozycja, idąc osobno, uzbierałaby 48 proc. Po co się o to kłócić? Czy nie lepiej porozmawiać o sposobach na galopującą inflację i wsparciu dla tych, w których to najmocniej uderza? Albo o zmianie radykalnego prawa antyaborcyjnego? Albo o przyszłości instytucji wymiaru sprawiedliwości? O tym, czy minister sprawiedliwości nadal będzie prokuratorem generalnym? Pytań jest tyle, że i tydzień by nie wystarczył, by je zadać, a co dopiero mówić o odpowiedziach.

Taką dyskusję trzeba przeprowadzić na opozycji, a potem zająć się blokowaniem list. No, chyba że ktoś boi się narazić na to, że nie spodoba się wszystkim naraz wyborcom, więc na wszelki wypadek milczy.