Od dawna miało się wrażenie, że jedynym
honorowanym w Budapeszcie przez reżim Viktora Orbána ambasadorem Polski jest były
wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski. On sam zresztą świetnie czuje się w tej roli, komentując
publicznie, że „swoją misję nad Dunajem” traktuje jako walkę z bezprawiem
i działania zmierzające do tego, by „jak najprędzej odsunąć od władzy szkodliwy dla Polaków reżim”.
Co więcej, ludzie z kręgu węgierskiego
premiera nie tylko nie odcinają się od Romanowskiego (jako od nieszkodliwego wariata),
ale go publicznie wspierają i promują. W sensie formalnym to także skandal. Bo w
Unii żelazną regułą jest współpraca organów ścigania, a osoby, którym stawia się
prokuratorskie zarzuty, zwykle są wydawane z dochowaniem obowiązujących procedur.
Niechlubnym wyjątkiem są orbanowskie Węgry.