Na końcu „Iliady”, w Pieśni XXIV, król Troi Priam udaje się do dumnego Achillesa, aby błagać go o wydanie ciała swojego syna Hektora, którego Achilles pokonał i nad którym już po śmierci się pastwił. Była to zemsta za zabicie przez Hektora Patroklosa, przyjaciela Achillesa. Priam jest stary, nie towarzyszą mu wojska. Jest noc, przybywa do namiotu Achilla po kryjomu. Jest całkowicie w mocy swojego porywczego wroga, który może go zabić jednym ciosem miecza i pozbawić Trojan przywództwa. Lecz Priam jest swego rodzaju posłem. Dlatego włos spaść mu z głowy nie może. Achilles go nie tyka, a wzruszony jego prośbami w końcu zgadza się zwrócić ciało wroga.

W „Odprawie posłów greckich” Jan Kochanowski pokazuje moment sprzed początku „Iliady”, gdy Achajowie wysłali do Trojan poselstwo, mające ich przekonać do oddania uprowadzonej Heleny. Poselstwo było nieskuteczne, ale nikomu z Trojan nawet nie postało w głowie, żeby któremuś z posłów wyrządzić przykrość. Poseł był już w starożytności świętością. Kto nie szanował posła, był barbarzyńcą.

Czytaj więcej

Zuzanna Dąbrowska: Ambasador i policmajster

W znakomitym „Moście na rzece Kwai” z 1957 r. (według powieści Pierre’a Boulle’a) jest znamienna scena. Pułkownik Saito, komendant obozu, do którego trafiają Anglicy pod dowództwem podpułkownika Nicholsona (arcygenialny Alec Guiness), chce zapędzić do budowy mostu wszystkich jeńców – także oficerów. To niezgodne z konwencją genewską o jeńcach wojennych z 1929 r., która obowiązywała podczas II wojny światowej. Nicholson odczytuje Saito odpowiedni artykuł konwencji z mocno zużytego egzemplarza. Saito bierze od niego broszurę, rzuca ją na ziemię i wściekły wrzeszczy: „Konwencja! Konwencja tchórzy!”. Nie mamy wątpliwości, że świat cywilizowany reprezentuje tutaj podpułkownik Nicholson. Który zresztą, dzięki wielkiej osobistej odwadze, stawia w końcu na swoim.

Dyplomatów w obcym kraju chroni konwencja wiedeńska o stosunkach dyplomatycznych z 1961 r. Nie ma znaczenia, jak postępuje kraj, z którego pochodzi dyplomata. Dotyczy to także ambasadora Federacji Rosyjskiej, niezależnie od tego, co myślimy o jej zachowaniu i o samym ambasadorze.

Konwencja obowiązuje, bo jest częścią cywilizowanego świata, do którego chcemy należeć. W tym jest siła konwencji, nie tylko tej: cywilizowane kraje przestrzegają ich niezależnie od okoliczności. W ekstremalnych sytuacjach także. Powstańcy warszawscy w piekielnych warunkach brali niemieckich żołnierzy do niewoli. Ba, nawet zapewniali im opiekę medyczną, choć Niemcy Polaków natychmiast stawiali pod murem, także cywilów. Polacy postępowali jak ludzie cywilizowani, Niemcy – jak dzicz. Gdyby Polacy zaczęli zachowywać się jak ich wrogowie, też staliby się dziczą, przestając być żołnierzami. Na szczęście nie musimy się za nich wstydzić.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Polska tylko straciła na tym, że Andriejewa zaatakowano w Warszawie

Dzisiaj jak dzicz postępują w Ukrainie Rosjanie. Czy my również chcemy koniecznie zapisać się do dziczy, pozwalając na łamanie konwencji wiedeńskiej, a nawet w pewnym sensie pochwalając je, jak uczynił na Twitterze minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński?

Łukasz Warzecha

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”