Choć trzeba przyznać, że jest już lepiej, w Warszawie nie powstało ostatnio rondo Wolnego Kurdystanu, na wzór ronda Dudajewa i ronda Tybetu. Nie sposób jednak nie zauważyć, że nadal żyje w nas duch generała Józefa Bema, który po dwóch powstaniach i jednej rewolucji zmarł w końcu jako zasłużony obrońca zrujnowanego dziś Aleppo.
Grupa wpływowych, kojarzonych z prawicą publicystów obecnie w mniej lub bardziej otwarty sposób zachęca, by pomagać narodowi kurdyjskiemu. Piastujący zaszczytną sejmową funkcję marszałka seniora Kornel Morawiecki postanowił zaś zostać obserwatorem podczas referendum w irackim Kurdystanie. „Polska powinna pozytywnie odnieść się do wyników kurdyjskiego referendum niepodległościowego” – powiedział. Nie doszukałem się równie jednoznacznej deklaracji ze strony podobnie ważnego polityka z innego kraju.
Dla przytłaczającej większości światowych decydentów, z Donaldem Trumpem włącznie, jasne jest bowiem, że kurdyjskie referendum może doprowadzić do wojny, przy której obecny konflikt syryjski wyda się igraszką. Pierwsze przymiarki do krwawej rozprawy czynią już zarówno rząd w Bagdadzie, jak i Turcja oraz Iran.
Historyczne powody, dla których Polacy z sentymentem patrzą na narody pozbawione własnych państw, są oczywiste. Dobrze jednak byłoby pamiętać o trzech kwestiach.
Po pierwsze, my o swoją niepodległość już nie walczymy. Mamy stabilną gospodarkę i piątą armię w Europie (nie licząc Rosji), do tego już wkrótce nasz przedstawiciel zasiądzie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.
Po drugie, na niepodległość wybiliśmy się dopiero w sprzyjających okolicznościach międzynarodowych; w niesprzyjających nikt nigdy nas nie wspierał.
Po trzecie, w parze z siłą i znaczeniem na forum światowym idzie odpowiedzialność. Ciężar tej odpowiedzialności wymaga zaś kompromisów moralnych. Kto tego nie rozumie, ten nic nie wie o polityce. Bez względu na swą dzielność i szlachetność.
Autor jest politologiem z Uczelni Łazarskiego i Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego