Przede wszystkim doszło do zjednoczenia polskiej opinii publicznej w jednej ważnej sprawie. Zarówno prasa liberalna, jak i antyliberalna ogłosiła Paula Sousę niegodziwym zdrajcą.

Takiej jedności poglądów nie udało się osiągnąć w kwestii konstytucji, niezawisłości sędziowskiej czy aborcji, lecz piłka nożna nas wreszcie zjednoczyła. Nawet lewica nie argumentowała, że prawa pracownika (czyli trenera) są równie ważne, jak prawa pracodawcy (PZPN). Na jakiś czas wrogiem narodu polskiego nie jest Rosjanin czy Niemiec, lecz Portugalczyk. Groźba, że nas Portugalia kiedyś napadnie, jest mała, więc wojna z Sousą ma też plusy w sferze obronności.

Optymizmem napawa również nowe podejście opozycji do organów władzy. Po tym jak prezydent zawetował lex TVN, przestano mówić o postawieniu go przed Trybunałem Stanu i nawet zaczęto rozmawiać o nowej posadzie. Prezydent opuści Belweder dość młodo i mógłby się na coś Polsce przydać na arenie międzynarodowej. Krytyczny dawniej wobec Belwederu Daniel Passent zaprosił Jana Truszczyńskiego, znanego dyplomatę, by coś konstruktywnie zasugerować. Wiodącym pomysłem okazało się Międzynarodowe Centrum Ziemniaka w stolicy Peru – Limie. Ziemniak to symbol rolnictwa w Polsce, więc przejęcie sterów światowych rządów nad ziemniakiem leży w żywotnym interesie narodu.

Optymizmem napawa też transformacja myślenia w obozie władzy. Prezes największej partii, która ma fioła na punkcie suwerenności, otwarcie przyznał, że mało może. Można obsadzić kolesiami wszystkie urzędy w państwie, postawić się Niemcom i Ameryce, zanegować orzeczenia TSUE, lecz wszystko to nie wzmocni złotego, nie usprawni sądownictwa, nie zatrzyma migracji, nie obniży kosztów energii, nie mówiąc już o powstrzymaniu wirusa. Buńczuczne deklaracje o naszej niezawisłości nie wystarczą do wzmocnienia siły sprawczej państwa. Państwo jest w stanie pomagać obywatelom tylko wtedy, gdy w karierze administracyjnej liczy się wiedza, a nie lojalność do partii, gdy z aktorami zagranicznymi potrafimy rozmawiać, a nie wygłaszać monologi, gdy przedsiębiorca, lekarz, nauczyciel lub sędzia są traktowani jak partnerzy, a nie jak wrogowie. Suwerenności nie da się zadeklarować; trzeba na nią ciężko pracować, stosując rozum, a nie kij.

Cieszy, że prezes to zrozumiał.

Optymizm mój jest jednak umiarkowany. Dotychczas futbol jednoczył Polaków tylko na 90 minut. Prezydent może jutro coś głupiego podpisać, niwecząc szanse polskiego ziemniaka. Minister sprawiedliwości nie ustąpi prezesowi w kwestii suwerenności. O przyszłości może więc zdecydować nasza kartka w urnie wyborczej. Na nowy rok życzę Wam mądrych wyborów.

Autor jest profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie