Minął już rok od dnia, w którym państwowa komisja ds. pedofilii rozpoczęła przyjmowanie zgłoszeń. W tym czasie wpłynęło do niej ponad 500 spraw, w tym 165 dotyczących spraw rodzinnych i 134 dotyczące duchownych.

Obserwując z boku prace komisji i słuchając wypowiedzi jej przedstawicieli – głównie przewodniczącego Błażeja Kmieciaka – można odnieść wrażenie, że cała energia tego gremium skupia się na pedofilii w Kościele. W zasadzie nie ma się co dziwić. Wykorzystywanie seksualne małoletnich przez niektórych duchownych to temat nie tylko bulwersujący, gorszący, ale także medialnie nośny. Skandale – nie tylko zresztą w Kościele – sprzedają się doskonale. Można przy tej okazji zbudować jakiś prestiż, stać się rozpoznawalnym itp.

Dziś obie strony właściwie okopały się na swoich pozycjach i rozmowy nie ma

Gdyby owa medialna aktywność komisji przekładała się na efekty pracy, to można byłoby przyklasnąć i pogratulować. Sęk jednak w tym, że efektów nie ma. Rozmowy komisji z Kościołem w kwestii udostępnienia jej dokumentów duchownych, w odniesieniu do których prowadzono w przeszłości postępowania z zakresu wykorzystywania seksualnego, utknęły właściwie w martwym punkcie. Błażej Kmieciak skarży się zatem publicznie, że prymas Wojciech Polak odesłał go do Kongregacji Nauki Wiary, ta do Sekretariatu Stanu i dopiero tamtejsi urzędnicy wskazali, że żeby cokolwiek uzyskać, trzeba zadziałać w trybie międzynarodowej pomocy prawnej, bo Watykan to przecież odrębne państwo. Co prawda księża, których temat dotyczy, są obywatelami polskimi, ale ich papiery wylądowały w Rzymie. Takie jest kościelne prawo.

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Zamknąć trudną przeszłość

Trochę przypomina to rzucanie kamykami w szyby – może ktoś wyjrzy. Ale gdyby to była pierwsza taka przygoda komisji, to można byłoby ją traktować jako wypadek przy pracy. Parę miesięcy temu komisja chciała dokumentów od sądów biskupich, gdy tymczasem ich dysponentami są biskupie kancelarie. Dopiero gdy publicznie wytknięto jej, że adresat nie jest właściwy, zmieniła koperty i wysłała swoje listy raz jeszcze. A wystarczyło popytać, zasięgnąć rady ekspertów od prawa międzynarodowego, prawa kanonicznego. Ba, zamiast od razu strzelać z armat, wystarczyło chyba podjąć ze stroną kościelną spokojny dialog. Dziś obie strony właściwie okopały się na swoich pozycjach i rozmowy nie ma. Kościół zajmuje się wyjaśnieniem tych spraw po swojemu, komisja po swojemu. Szanse na to, by obie strony gdzieś się spotkały, są w zasadzie minimalne. A mur jest do pokonania. Najłatwiej byłoby znaleźć furtkę.

Przy okazji warto też zauważyć, że komisja informowała publicznie, że poprosiła kluby sportowe oraz samorządy lekarskie i pielęgniarskie o dane dotyczące wykorzystywania seksualnego przez ich członków. Minęło parę miesięcy i właściwie nie wiadomo, czy ktoś komisji odpowiedział. Znając życie, albo jej pisma nie zauważono, albo zlekceważono.

Ale na to komisja już się nie skarży.