Badaczom dziejów II wojny światowej, szczególnie relacji polsko-żydowskich, tragedia z Ciepielowa jest dobrze znana. To jedna z wielu historii, które bez retuszy i mitologizowania mogły się stać podstawą scenariusza filmu, także fabularnego. Opowiada dramatyczne losy polskich rodzin z małej miejscowości spod Lipska, które (w sumie ponad 30 osób) zostały wymordowane przez Niemców za ratowanie Żydów.

Rodziny Kowalskich, Kosiorów i Obuchiewiczów, a także Skoczylasów dla większości Polaków do dziś pozostają anonimowe. Nie otrzymali medalu „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. Kto zna ich historię? Kto wie, że w pierwszych dniach grudnia 1942 r. żandarmeria niemiecka na oczach sąsiadów wymordowała rodziców i ich dzieci, a także ratowanych Żydów? Zginęli w męczarniach, spaleni żywcem we własnych zabudowaniach. Najmłodsze dziecko Obuchiewiczów miało 7 miesięcy. Mimo tej tragedii w okolicznych wsiach nadal ratowano uciekinierów z getta.

Dzięki Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu, który po premierze filmu dokumentalnego w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego i Macieja Pawlickiego „Historia Kowalskich” w warszawskim kinie „Silver Screen” odznaczył pośmiertnie członków tych rodzin Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, weszli do panteonu. Byli to bowiem bohaterowie Polski Walczącej, tacy sami jak generałowie i komendanci główni Armii Krajowej: „Grot”, „Bór” i „Niedźwiadek”, i ich żołnierze.

[srodtytul]„Podlegają karze śmierci” [/srodtytul]

Po utworzeniu gett, a następnie ich zamknięciu, jesienią 1941 r. Niemcy przystąpili do tworzenia prawa, które miało przygotować zarówno Żydów, jak i „stronę aryjską” na rozpoczynający się czas Zagłady (od lipca 1941 r. na ziemiach zajętych w 1939 r. przez Sowiety, od lipca 1942 r. na pozostałym terenie). Głównym celem obwieszczeń, które zaczęły się pojawiać na murach miast i miasteczek, podpisywanych przez gen. Hansa Franka bądź szefów poszczególnych dystryktów, było zastraszenie ludności mieszkającej po obu stronach muru:

„1. Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę.

2. Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie.

3. Zawyrokowanie następuje przez Sądy Specjalne. ” – brzmiało pierwsze z nic z 15 października 1941 r.

Rozporządzenia te powtarzane były, tak co do treści, jak i miejsc ich publikowania. Zaostrzano jedynie kary, gdyż haniebne prawo nie skutkowało; mimo iż praktyka roku 1942 pokazywała, że Niemcy traktowali groźby poważnie. Karze podlegać zaczęli także ci, którzy nie donieśli, choć wiedzieli o ukrywaniu w sąsiedztwie Żydów. Zarówno przykłady wyroków sądów niemieckich czy egzekucji publicznych, jak i kolejne rozporządzenia miały zastraszyć Polaków, pozbawiać ich odruchu niesienia pomocy człowiekowi w potrzebie.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

Polacy jednak to naród, który nie przyjmuje zakazów. Każde ograniczenie wolności staje się nam nienawistne. Pokazują to liczne świadectwa polskie i żydowskie spisywane od 1945 r. do dziś. Świadczą o tym także dokumenty, w tym niemieckich sądów specjalnych, a także polskie, powojenne, zbierane przez Główną Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (zob. ostatnio wydaną w IPN pracę, w ramach serii „Kto ratuje jedno życie”: „Kto w takich czasach Żydów przechowuje?… Polacy niosący pomoc ludności żydowskiej w okresie okupacji niemieckiej”, pod red. Aleksandry Namysło, Warszawa 2009).

Według wyliczeń dra Wacława Zajączkowskiego i prokuratora Wacława Bielawskiego, do dziś weryfikowanych przez historyków IPN i archiwistów NDAP, Niemcy zamordowali co najmniej kilkaset osób za sam fakt ukrywania Żydów; kolejne setki, a może tysiące Polaków trafiło do obozów koncentracyjnych lub podlegało innej represji (np. aresztowanie i stosowanie tortur). Według danych IPN do lipca 2009 r. na liście osób prześladowanych znalazło się 4709 rekordów osobowych, co – dopiero po kolejnej fazie weryfikacji – przełoży się na wiarygodną liczbę prześladowanych.

[srodtytul]Skomplikowane warunki [/srodtytul]

Przez długie powojenne dziesięciolecia do światowej opinii publicznej docierały jednak głównie relacje uratowanych Żydów. W ich centrum, co zrozumiałe, znajdowały się przeżycia społeczności żydowskiej – Zagłada. Aby wiedza o ratującym Polaku dotarła do odbiorców, musiał uratować się Żyd, następnie zapragnąć zadośćuczynić swoim dobroczyńcom, a wreszcie znać ich tożsamość i aktywnie starać się o przyznanie medalu. Musiał, także po wojnie, pozostać przy swej narodowej bądź religijnej tożsamości i uznać Instytut YV za naturalne miejsce do składania stosownej relacji. Pomijam tu inne kwestie, jeszcze bardziej złożone, jak choćby brak świadomości uratowanych Żydów – np. dzieci – co do swojego pochodzenia, mieszkających i wychowujących się po wojnie w polskich rodzinach.

Dopiero spełnienie tych wszystkich warunków, z których najważniejszym był pierwszy (dotrwanie do końca wojny), pozwalało Instytutowi Yad Vashem na przyznanie medalu Polakowi. Jest ich dziś ponad 6600 na ponad 22 tysiące nazwisk z całego świata. Rada Pomocy Żydom „Żegota” – jako jedyna organizacja – została także uhonorowana tym medalem (w opublikowanej po raz pierwszy po wojnie w języku polskim, „Księdze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ratujący Żydów podczas Holocaustu. Polska”, red. naczelny Israel Gutman, Kraków 2009, t. 1–2; znajduje się ponad 5 tysięcy osób; dane z 2000 r.). Większość uratowanych, których po wojnie było – według szacunków – od 30 tys. do ponad 50 tys. spośród tych, którzy odważyli się naruszyć rozporządzenia niemieckie i wyjść z getta, nie spełniała po wojnie wszystkich warunków wstępnych. Z różnych powodów.

[srodtytul] Oczami Żydów [/srodtytul]

Czytając relacje żydowskie widać wyraźnie, że perspektywa stałego napięcia i strachu (patrzenie na świat wylęknionymi oczami z kryjówki) nie pozwalała ratowanym na obiektywne zainteresowanie się przestrzenią polską ani na poznanie skali niesionej pomocy, czy wręcz na zrozumienie napięcia towarzyszącego codzienności okupacyjnej „po aryjskiej stronie”. Tylko niektórzy potrafili napisać, że ratowały ich dziesiątki rąk, a każda z tych dłoni, gdyby nie znalazła się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, zerwałaby nić solidarności z ukrywającym się.

Władysław Szpilman, którego wybawcą – wedle popularnej wersji – miał być Niemiec, nie przeżyłby ani jednego dnia w Warszawie, gdyby przed powstaniem w stolicy nie znalazł przyjaciół i nieznajomych: „Byłem w krańcowym przygnębieniu, gdy znów Opatrzność zesłała mi w ostatniej chwili wybawienie w postaci pani Heleny Lewickiej, bratowej p. Jaworskiej. Nie znała mnie nigdy przedtem, po raz pierwszy zobaczyła mnie na oczy, lecz gdy dowiedziała się o moich dotychczasowych przejściach, zgodziła się od razu wziąć mnie do siebie” – wspominał.

Żydzi nie spotykali jedynie miłosiernych Polaków, ale także szmalcowników, a przede wszystkim ludzi lękliwych – jak my wszyscy – mających opory przed narażaniem życia najbliższych za życie nieznajomego. Stan napięcia i negatywne kontakty „za murem” utrwaliły wśród uciekinierów z getta negatywny stereotyp Polaka – o czym pisała Teresa Prekerowa („Stosunek ludności polskiej do żydowskich uciekinierów z obozów Zagłady w Treblince, Sobiborze i Bełżcu w świetle relacji żydowskich i polskich”, „Biuletyn GKBCpNP”, nr XXXV, Warszawa 1993, s. 100 – 114) – jako mordercy, chciwego na pieniądze, biżuterię czy nawet buty, nienawidzącego i znienawidzonego.

Ratujący się Żydzi, oceniając w ten sposób potencjalnych wybawicieli i własną kruchą zależność od Polaków, często próbowali znaleźć drogę do ich serc poprzez pieniądze. Dawało im to większą gwarancję przeżycia, a jednocześnie mniej uzależniało. Ukrywanie stawało się operacją kupno-sprzedaż, choć wyjątkową zawsze z racji potencjalnej ceny – życia. Relacje żydowskie, choćby zapiski z dziennika Feli Fischbein, świadczyły o mylnym często przeświadczeniu, że Polacy uprawiali swoisty handel, którego przedmiotem był Żyd potrzebujący. Własnym życiem

Strona polska, z jej argumentacją, bywa w tych relacjach nieobecna (a przecież polska rodzina musiała na przykład znaleźć konspiracyjny sposób na wyżywienie dodatkowych osób w tajemnicy przed sąsiadami). Pieniądz nie świadczył o tym, że głównym motywem niesienia pomocy nie była bezinteresowność czy odruch sumienia.

Zrozumienie polskiej przestrzeni było trudne także z racji nieznajomości polskich domów, wiary i kultury, ba, nawet języka. Jak pisał Czesław Miłosz przed wojną Wilno było miastem co najmniej dwóch cywilizacji: polskiej i żydowskiej. Z tym że „elita” społeczności żydowskiej mówiła po rosyjsku, a ortodoksyjna większość w jidysz bądź po hebrajsku. Z kolei przedwojenni Żydzi łódzcy czy mieszkający na polskim Śląsku częściej niż językiem polskim posługiwali się niemieckim. Tylko kilka procent Żydów przyznawało się do znajomości języka polskiego jako ojczystego.

Środowiska żydowskie żyły przed wojną własnym życiem, w tym religijnym (istniały także niezależna prasa, teatry czy szkoły), część komunizujących Żydów znała jedynie swoich polskich odpowiedników, a sąsiedzki kontakt ekonomiczny wywoływał na ogół stan napięcia, a nie wzajemne zrozumienie.

Wydaje się zatem – co stawało się szczególnie ważne w latach okupacji – że bariera między Polakami i Żydami, sztucznie poszerzona przez Niemców po 1939 r., nie pozwalała obu stronom na głębsze wzajemne zrozumienie. Tym bardziej że najważniejszą kwestią stawało się przeżycie najbliższej minuty, dnia, miesiąca. Dopiero wspólne doświadczenie cierpienia mogło powoli przyczynić się do zmiany wzajemnych uprzedzeń. Jednak po wojnie, po której Polacy nie odzyskali niepodległości, a część Żydów aktywnie wsparła nowych okupantów, warunki poznania racji obu stron tylko się pogorszyły.

[wyimek]Aby wiedza o ratującym Polaku mogła dotrzeć do odbiorców, musiał uratować się Żyd, następnie zapragnąć zadośćuczynić swoim dobroczyńcom, a wreszcie znać ich tożsamość i aktywnie starać się o przyznanie im medalu [/wyimek]

Żydzi, nieutożsamiający się z dążeniami i wrażliwością polską, przed wojną realizujący swoje cele rodzinne, społeczne i polityczne, w skrajnych warunkach okupacyjnych patrzyli na stronę aryjską z lękiem graniczącym z paniką. Po wojnie uratowani nie chcieli zapewne pamiętać o swojej traumie ani o wszystkim, co kojarzono z latami okupacji, w tym o Polakach – obcych wybawcach, którzy stawali się coraz odleglejszym wspomnieniem.

[srodtytul]Pomoc przyszła od przyjaciół [/srodtytul]

Jedynie spolonizowani Żydzi, nierzadko katolicy, mający polskich przyjaciół bądź żyjący przed wojną w polskich rodzinach, mieli w warunkach okupacyjnych poczucie bezpieczeństwa na równi z Polakami.

Doskonale też zdawali sobie sprawę, skąd przychodzi pomoc: „Z dużym zainteresowaniem dowiedziałam się o projektowanym tomie dotyczącym Polaków ratujących Żydów” – pisała do mnie pani Barbara Marlow, w związku z książką, którą przygotowuję w IPN pt. „Dobre sąsiedztwo”. – „Ojciec mój, Leon Bregman, po zakończeniu studiów prawa na Uniwersytecie Warszawskim, miał własną firmę importu maszyn i oleju z Anglii, był również czynny w Zw. Peowiakow, Zw. Żydów Uczestników Walk o Niepodległość Polski w Warszawie, zarządu Fundacji im. Warszawy dla Inwalidów Wojsk Polskich i radnym Miasta Stołecznego Warszawy. […]. Brat mego Ojca, Aleksander Breman, był znanym dziennikarzem politycznym i we wrześniu 1939 znalazł się wraz z rządem polskim w Rumunii, skąd załatwił wizy rumuńskie dla ojca i mego brata. Wyjechali z Polski w kwietniu 1940 r. nie do Rumunii, ale wprost do Jugosławii, gdzie ojciec, oficer rezerwy WP, natychmiast zgłosił się do wojska, a mój brat dostał odroczenie do zdania matury. Matka i ja zostałyśmy w Warszawie i wraz z rodzicami ojca musiałyśmy pójść do Ghetta w październiku 1940 r.

Wspomniał pan o kościele Wszystkich Świętych, który w tym okresie był w granicach Ghetta. Dobrze go pamiętam, bo była to nasza parafia (rodzice, brat i ja byliśmy chrzczeni) i przez dwa lata ogródek, do którego chodziłam codziennie. Wyszłam z Ghetta w lipcu 1942 r. wraz z moją matką. Dalsze nasze losy wymagają dłuższego opisu i dodam tylko, że doznałyśmy wiele pomocy i podpory u dawnych znajomych i nowych przez następne dwa lata. Dawna znajoma p. Stanisława Wedecka była naszą główną opiekunką, rodzice przyjaciela mego brata od profesora Lenarta, jego żona i synowie utrzymywali z nami stały kontakt, moja matka mieszkała przez półtora roku u p. Ireny Nowodworskiej, wdowie po Leonie Nowodworskim, dziekanie Rady Adwokackiej i jednym z przywódców Stronnictwa Narodowego, Ksiądz [Leon] Pawlina z Caritasu [po wojnie więziony, następnie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, w wypadku kolejowym – J. Ż.] dał nam nowe papiery i umieścił mnie na pół roku w szkole przy Klasztorze Sióstr Felicjanek pod Warszawą [w Wawrze, gdzie odbywało się także tajne nauczanie w gimnazjum – przy. J. Ż.].

Przez cale dwa lata po wyjściu z Ghetta nasi opiekunowie umożliwili mi prawie »normalne« życie, tzn. że mogłam mieszkać w centrum miasta, wychodzić normalnie, wstąpiłam do harcerstwa i widywałam moją matkę, mimo że nie mieszkałyśmy razem. Jako harcerka brałam udział w powstaniu. Po wojnie udało nam się wydostać z Polski przez zieloną granice i dołączyć do ojca, który był w II Korpusie we Włoszech. Brat mój, porucznik obserwator w 300 Dywizonie, zginął w locie bojowym w lipcu 1944 r.”.

W doskonałym, izraelsko-amerykańskim bodaj, filmie dokumentalnym pokazanym niedawno przez TVN głównym bohaterem jest syn uratowanego Żyda, który przełamując po wielu latach bariery niechęci wobec Polaków i Polski, zmusił rodzinę (starsze i młodsze pokolenie), by przyjechali do kraju „gojów” i sprawdzili, czy ich dobroczyńcy jeszcze żyją. Ta historia zakończyła się happy endem. Pani Mucha wraz z mężem otrzymali medal „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. Wybawcy pani Marlow do dziś go nie otrzymali. Jedynie w ostatnich dniach do IPN dotarła wiadomość, że po wielu latach Instytut YV uhonorował medalem ks. Marcelego Godlewskiego, proboszcza kościoła Wszystkich Świętych.

"geneva>

[srodtytul] Zakonnice i inteligencja [/srodtytul]

Żydzi, którzy przeżyli wojnę i dali świadectwo prawdzie, to ułamek spośród tych, którzy podjęli heroiczną próbę opuszczenia getta (z warszawskiego getta liczącego ok. 400 tys. ludzi wyszło 25 tys.). Bo żeby Polak mógł pomóc Żydowi, ten musiał najpierw wyjść z getta bądź uciec z transportu.

W polskich relacjach często pojawia się motyw niesienia pomocy potrzebującym. Ta indywidualna pomoc mieściła się w szeroko pojętej Konspiracyjnej Walce Cywilnej narodu, kierowanej przez Stefana i Zofię Korbońskich. Wielką pomoc okazywały siostry zakonne. W ich domach schronienie znalazło tysiące dzieci, ukrytych wśród polskich sierot.

Jednym z takich miejsc, w którym pracowały i siostry, i osoby świeckie był warszawski Dom Małych Dzieci im. Ks. Gabriela Piotra Baudouina, kierowany przez dr Marię Wierzbowską. Z kolei s. Joanna H. Lossow, Franciszkanka Służebnica Krzyża, przełożona domu warszawskiego, a od 1942 kierowniczka placówki Towarzystwa nad Ociemniałymi w Żułowie k. Krasnegostawu, wspominała, wyliczając kolejne domy i osoby udzielające pomocy Żydom, np. rannym w 1939 r., czy później małym dzieciom: „W tym okresie moja praca polegała głównie na załatwianiu spraw zakładowych w urzędach niemieckich i kwestowaniu żywności dla Lasek. A było kogo żywić, gdyż w naszym zakładzie oprócz paruset stałych mieszkańców przebywali ranni żołnierze, oficerowie i inwalidzi z września 1939, oraz uchodźcy z Warszawy, między którymi byli także Żydzi oraz spora gromadka dzieci, które znalazły się w czasie działań wojennych bez żadnej opieki i dla których utworzyliśmy internat tzw. Alojzki – nazwa pochodząca od patrona domu w Laskach, w którym zostały one umieszczone”.

Podobne relacje dotyczyły polskich rodzin zarówno wiejskich, jak i miejskich. Wspominała pani Miecznikowska mieszkająca w Warszawie: „Najpierw wynajęliśmy pokój dziecięcy dwu młodym ludziom – Adamowi Kapłańskiemu i Bronisławowi Lewandowskiemu. Obaj konspirowali. Pan Bronisław był muzykiem, autorem słynnego »Marsza Żoliborza«. I tak nasz dom – jak większość domów w naszej kolonii dziennikarskiej wszedł w życie konspiracyjne okupacyjnej Warszawy. […] Według mego brata – pierwsza w naszym domu zjawiła się pani Niewiadomska. Oczywiście to nie było jej prawdziwe nazwisko. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, jak naprawdę się nazywała. Nie wiemy, ani ja, ani mój starszy brat, z czyjego poręczenia zjawił się u nas w domu bardzo gruby pan z Lublina, i prosił, by rodzice wynajęli pokój jego żonie. Nam dzieciom podano, że to jego narzeczona. Ten pan mówił Ojcu: »ona musi wyjechać, Lublin to nieduże miasto „wszyscy ją znają... «. Rodzice zgodzili się wynająć pani Stefanii Niewiadomskiej gabinet ojca. Nie miała »dobrego wyglądu«. […]

W 1941 roku wyprowadzili się lokatorzy z pokoju dziecięcego. Z ogromnym żalem rozstawaliśmy się z tak miłymi i drogimi nam młodymi ludźmi. Pokój dziecięcy był wolny i czekał na nowych lokatorów. Przyszła go wynająć młoda, szczupła, gładko uczesana kobieta. Niebieskooka szatynka, włosy miała upięte w kok. Chciała wynająć dla siebie i dla męża pokój leżący na uboczu. Usytuowanie naszego domu odpowiadało jej. Zobaczyła ogród, dwa wyjścia, ścieżkę łączącą wszystkie ogródki, którą wywożono śmieci i przywożono węgiel i ziemniaki na zimę – i zdecydowała się. Do naszego domu wprowadzili się państwo Borowscy. Gdy zobaczyliśmy pana Artura, nawet my, dzieci, zdaliśmy sobie sprawę, że nie jest on Aryjczykiem. Niski, ruchliwy ciemnooki o charakterystycznym wydatnym nosie, miał zdecydowanie niekorzystny wygląd. Pomimo to rodzice zdecydowali się wynająć im pokój”.

Krystyna Zabłocka z domu Skarżyńska pisała zaś w liście do Komitetu dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów (wszystkie cytaty pochodzącą z tego zbioru): „Lidia Parecka, ur. [odzona […] w Tarnopolu była w trzecim pokoleniu katoliczką, jedynie przez Niemców uważana była za Żydówkę. Poszukiwana po śmierci rodziców przez gestapo na wiosnę 1942 r. zmuszona była uciekać ze Lwowa. Siostry Sacre Coeur, których była wychowanką, wysłały ją do ss. niepokalanek w Nowym Sączu, w którym ja byłam uczennicą. Po kilkudniowym tam pobycie skierowały ją do domu moich rodziców – Jadwigi i Stanisława Skarżyńskich, gdzie przebywała do końca wojny. Dla usprawiedliwienia jej pobytu była przedstawiona jako kuzynka pochodzenia ormiańskiego ze Lwowa. Zameldowana w gminie Czchów, pracowała jako praktykantka ogrodnictwa. Mieszkała w jednym pokoju ze mną”.

[srodtytul]Z chrześcijańskiego miłosierdzia [/srodtytul]

W tysiącach relacji odnajdujemy wspólne fakty. Po pierwsze, z obawy o życie ratowani przemieszczali się z miejsca na miejsce. Krąg ludzi dobrej woli poszerzał się, co zwiększało szanse na uratowanie Żyda. Po drugie, w miejscu, gdzie dana osoba była przechowywana (np. dom zakonny czy kamienica, dwór ziemiański, a nawet cała wieś) wszyscy mieszkańcy albo od początku wiedzieli o przechowywanym, albo prędzej czy później się o nim dowiadywali. Możliwości ukrycia tego faktu przed swoimi były w wielu przypadkach po prostu niemożliwe albo wręcz szkodliwe – np. na wsi, gdzie lokalna społeczność darzyła się zaufaniem i solidarnie wspierała swoich przed obcymi.

W wielu relacjach pojawia się wątek „legendowania” pobytu „kuzyna” z miasta, a następnie przyznaje się, iż nikt tej legendzie nie wierzył. Rzecz jasna, im mniej wiedziano, tym lepiej. Ludność wiejska chroniąca Żydów bała się zarówno obcego, który mógł zdradzić kryjówkę, jak i samego Żyda – ratowanego, którego na ogół nie znano i nie wiedziano, czy nie stanie się on zagrożeniem dla społeczności.

W polskich relacjach dominuje wrażliwość chrześcijańska. Nie spotkałem się z relacją, w której kapłani czy siostry zakonne odmawiałyby pomocy potrzebującemu, czy to rannemu żołnierzowi, partyzantowi czy Żydowi. Miłosierdzie chrześcijańskie stanowiło fundament odzywający się wtedy, gdy należało dokonać wyboru. Burzy to zatem niesprawiedliwy i głupi mit o chrześcijaństwie jako religii wspierającej rasistowski hitleryzm w jego – faktycznie – pogańskim programie Zagłady Żydów, Cyganów, niepełnosprawnych, homoseksualistów, a w dalszej kolejności Słowian czy też nieprzystosowanych do projektu III Rzeszy.

„Weszłam do chaty, zamknęłam okiennice i drzwi i położyłam się. Widać dobrze od razu zasnęłam, co mi się prawie nigdy nie zdarzało, skoro pukanie, które od drzwi się rozlegało, uważałam ze sen. Ale nie – ktoś puka. Noc i ktoś puka! Przerażona szukam kontaktu elektrycznego na ścianie, bo zdawało mi się, że jestem w mieszkaniu moim w Bielsku i nie mogę się zorientować, gdzie drzwi, gdzie okno, gdzie lampa. Słyszą słowa po słowacku mówione: »Len pomalu, len pomalu«... Wreszcie otwieram drzwi. Migają latarki elektryczne, dwóch ludzi wsuwa dwie ciężkie walizy, pan doktór Rajec, nasz lekarz obwodowy z Frydmana, drżącymi rękami płaci im za niesienie. Drzwi się zamykają, jesteśmy sami. On, z dzieckiem na ręce, żona jego i ja. Groza! Dra Kuechla ze Starej Wsi wzięto już ubiegłej nocy i zamordowano w Czorsztynie, teraz na nich kolej. Oni są Żydzi... Doktór mówi, że przez chwilę odpoczną i pójdą w las, w las... Drżymy wszyscy troje. Pani Elżbieta żółta jak cytryna, doktor drżący cały, mała 2,5-letnia Ewa śpi na jego rękach. Ja się trzęsę, dygocę jak w febrze. Szczęki mi się zwarły, gorzko i sucho mam w ustach. Nie mogę wydobyć słowa ze ściśnionego gardła. Śmierć ma nas już w szponach! Lada chwila za ich tropem mogą tu wpaść ci, którzy mają rozkaz odstawiać Żydów ze Słowacji do granicy. Sekundy mijają, a my we troje zanurzeni jesteśmy w śmiertelnym, naprawdę śmiertelnym strachu...

Naraz dziwny spokój wraca mi do serca, kolory na twarz, jakaś fala ogromnej miłości zalewa mi serce, miłości do tych ludzi, tak ściśnionych trwogą. Męstwo, tak! Męstwo zasila me serce. Ci ludzie stają mi się w jednej chwili najdroższymi na świecie. Mówię więc do nich spokojnie: »Las ma swój kres, zima nadchodzi. U mnie zostaniecie«... Zdawałam sobie sprawę, że to było działanie Boże we mnie. Mój spokój i im się udzielił. Pan doktór położył na moim tapczanie dziecko, pani Elżbieta zaczęła żółcią wymiotować... Zostali i trwali. Nazajutrz otworzyli walizę i podali blaszaną puszkę ze swoim majątkiem, z pieniędzmi. Powiedziałem im: w piwnicy są ziemniaki i tę puszkę tam sobie państwo przechowajcie. Oni nie zdawali sobie z tego sprawy, jak świętym było dla mnie ich życie i moje, które dla nich naraziłam!” – wspominała Mieczysława Farysiak z Dursztyna na pograniczu polsko-słowackim.

[srodtytul]Dwie pamięci [/srodtytul]

Historia rodziny Kowalskich i ich sąsiadów to typowe dzieje wiejskiego rodu. Liczne potomstwo, wielka miłość i ciężka praca, przy rodzinnym posiłku pada mało słów, dużo jest za to czynów i uczuć.

Podobnie jak w wielu innych miejscach w Polsce, w małym Ciepielowie ukrywano Żydów. Do dziś ostatni pamiętający tamte czasy ze łzami w oczach opowiadają o tragicznych dniach z grudnia 1942 r. To żywa historia, która dzięki Maciejowi Pawlickiemu i Arturowi Gołębiewskiemu stać się może – i powinna – aktualną dla nas wszystkich. Ten film może także odegrać rolę przełomową. Jedyne bowiem, co do dziś łączy relacje żydowskie i polskie, to zgodne stwierdzenia, że Żydzi nie byli przez Polaków lubiani (oczywiście nie chodzi o konkretne – znane – osoby, ale jako naród), że byli obcy ze swoimi zwyczajami. Polacy zapamiętali im także ujawniający się przed wojną i w latach 1939 – 1941 brak solidarności z Polakami. Te dwie pamięci zrodziły jednak konkretną listę polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, która uchodziła dotąd za jedyną prezentującą autentyczne dzieje Polaków ratujących Żydów. Dziś, dzięki badaniom historyków, a także wzajemnym, coraz bogatszym relacjom między Polską a Izraelem, strona żydowska coraz lepiej zdaje już sobie sprawę, że lista te nie jest kompletna.

Dlatego też strona polska stara się zbudować w Warszawie imienny pomnik ku czci Polaków ratujących Żydów, z nadzieją, że w ciągu najbliższych lat lista polskich „Sprawiedliwych” zbliży się do rzeczywistej listy Polaków niosących pomoc Żydom w czasie II wojny światowej.

[i]Autor jest historykiem, doradcą prezesa IPN, profesorem UKSW [/i]