Obejrzałem go kilka lat później w telewizji. Ma wszystko: obfitującą w momenty zaskoczeń, szarpiącą nerwy akcję i wybitne kreacje aktorskie – przede wszystkim Janusza Gajosa i Jana Frycza, co nie zaskakuje, bo to nasze skarby.
Ale dla mnie jest wyjątkowy z innego powodu. To pierwszy polski film, który tak intensywnie, nie na zasadzie dygresji lub kompromisów z cenzurą, zajmuje się AK-owcami, represjonowanymi, dręczonymi, a potem skazanymi na życie na marginesie peerelowskiego społeczeństwa. Przez dziesiątki lat oglądaliśmy powojenną historię z perspektywy tych, którzy komunizm poparli, a potem się ewentualnie zbuntowali. Prawie zapomnieliśmy, że byli i inni. Nawet gdy ich w końcu uczczono, na przykład za powstanie warszawskie, ich losy w za małym stopniu stały się przyczynkiem do dyskusji o PRL.