Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:
- codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
- pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Piotr Gursztyn
Historia scysji między Stefanem Niesiołowskim a Ewą Stankiewicz jest kolejnym przykładem, jak automatycznie dzieli się w Polsce opinia publiczna. Wielu - na szczęście nie wszystkich - mobilizuje hasło „biją naszego". Tymczasem Ewa Stankiewicz, podchodząc z kamerą do polityka PO, postępowała zgodnie z obowiązującym w Sejmie standardem.
Kamera - prowokatorka
Wyjdźmy od jedynego w tym momencie źródła - nagrania rozmowy. - Panie pośle, przepraszam - zaczyna reportażystka. - A skąd pani jest? - pyta spokojnie Niesiołowski. - Ewa Stankiewicz, nie chcieli pana wypuścić z Sejmu? - ciągnie dziennikarka. - Nie, ja nie chcę z panią rozmawiać - przerywa jej, ciągle spokojnie, Niesiołowski.
Stankiewicz dopytuje czemu, a były wicemarszałek zaczyna się coraz bardziej nakręcać. Wtedy dopiero zaczyna się awantura.
Nic nie wskazuje na to, że początek nagrania został jakoś zmanipulowany. Spokojny początek rozmowy wskazuje, że wcześniej Niesiołowski nie był zaczepiany przez Stankiewicz. Tu więc można zresztą postawić pytanie: jak kamera mogła prowokować polityka, który od ponad 20 lat zasiada w parlamencie? Tym bardziej że akcja - to ważny szczegół - rozgrywa się przy wejściu do tzw. Nowego Domu Poselskiego. Czyli w miejscu, gdzie dziennikarze dość często łapią swoich rozmówców. Można stamtąd w sekundę uciec przed reporterami do hotelu sejmowego.
Wielu obrońców Stefana Niesiołowskiego podnosi argument, że poseł miał prawo nie chcieć być filmowanym. Przy drzwiach do Sejmu? Do tej pory nikt takich pretensji nie zgłaszał.
Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji: