Stało się inaczej. Mauzoleum Lenina nadal straszy na placu Czerwonym. A miesiąc temu Władimir Putin przywrócił doborowej jednostce rosyjskiego MSW na prośbę jej weteranów imię Feliksa Dzierżyńskiego.

Ci Rosjanie, którzy w imperialnych aspiracjach Kremla upatrują przede wszystkim nawiązania do epoki panowania czerpiącej wzorce z Zachodu dynastii Romanowów, muszą doświadczać dysonansu poznawczego. Jeśli bowiem ktoś taki jak Dzierżyński może się ponownie stać patronem jakiejkolwiek ważnej instytucji państwowej, to oznacza, że komunizm wrócił do łask. Z „białą" Rosją nie ma to nic wspólnego.

Obrońcy kremlowskiej polityki historycznej od kilkunastu lat przekonują jednak, że nie chodzi w niej o afirmację systemu komunistycznego, lecz o dowartościowanie osiągnięć państwa niezależnych od jego ideologii. Mają na myśli przede wszystkim zdobycie przez ZSRR mocarstwowej pozycji w skali globalnej.

Tak się jednak nie da. Jeśli Związek Sowiecki jest godny nostalgii Rosjan – a przeświadczeniu temu Putin dawał wyraz wielokrotnie – to nie pozostaje nic innego, jak dzieje czerwonego imperium zakłamywać i wybielać.

Wymownym przykładem są zabiegi dotyczące wizerunku Stalina. Polityk ten przedstawiany bywa nie tylko jako okrutny, krwawy dyktator, lecz także jako „efektywny menedżer" oraz wyzwoliciel Europy spod jarzma faszyzmu.

W serialu „Syn ojca narodów" z roku 2013 Stalin okazuje się wprawdzie tyranem, ale o ludzkim obliczu. Z pewnością sowiecki przywódca był – jak każdy człowiek – postacią wielowymiarową, ale wnikanie w to ma w tym przypadku cel propagandowy, a nie poznawczy.

Antystalinizm w Rosji nie jest (tak jak w innych krajach postkomunistycznych) formą bezpiecznej ucieczki w historyczny banał, mającej często zasłonić aktualne problemy liberalnej demokracji. To głównie – jakże potrzebny – czynnik sprzyjający krytycznej refleksji Rosjan nad własnymi dziejami. A tej z pewnością im – w przeciwieństwie do narodów Zachodu, które brutalnie kolonizowały Azję, Afrykę i obie Ameryki – brakuje.

Bo piętnowanie stalinizmu w krajach europejskich (w tym w Polsce) interpretowane jest w Rosji w kategorii odbierania jej prawa do dbania o własne interesy. Kremlowscy polittechnolodzy mówią w tym kontekście wprost o przejawach rusofobii porównywalnych z przejawami antysemityzmu w nazistowskich Niemczech. Skoro tak, to antystalinizm okazuje się zawoalowanym faszyzmem, który podnosi głowę blisko 70 lat od zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. A czy ktokolwiek z cywilizowanych ludzi może popierać ciągoty faszystowskie, nawet jeśli nie są jawne? Pytanie to brzmi retorycznie.

I właśnie takimi pytaniami kremlowscy propagandziści szantażują moralnie opinię publiczną w Polsce i innych krajach europejskich. Stawianie na Ukrainie pomników Stepanowi Banderze i innym osobom oskarżanym o mordy na Polakach i Żydach w okresie drugiej wojny światowej, i zarazem burzenie tam pomników Lenina traktują jako dowód na odradzanie się w duchu negacjonizmu najbardziej zbrodniczych tradycji politycznych, które każdy cywilizowany Europejczyk potępia.

Tyle że skoro kremlowskich propagandzistów obciąża negacjonizm dotyczący epoki sowieckiej, to nie są wiarygodni w tropieniu śladów faszyzmu. I będzie ten stan trwać tak długo, jak długo będzie się opłacało rosyjskiej elicie sprawować rząd rosyjskich dusz za pomocą kłamstwa. To ważny komunikat dla wszelkiej maści polskich sympatyków rosyjskiego „antyfaszyzmu".