Kolejny nazwany ekologicznym, bo przypomnijmy, że ekologiczne uzasadnienie miało też: podniesienie akcyzy na używane auta z silnikami powyżej 2 litrów (nie tylko śmierdzą bardziej, ale i zatruwają bardziej środowisko), jak i opłata recyklingowa. Ten był nieunikniony, bo wymyślono go w biurach Komisji Europejskiej.

Im starszy samochód, a więc zwykle emitujący więcej spalin, tym większa opłata. Tylko kto jeździ starymi, 10-20 letnimi samochodami? Zwykle ci, których nie stać na nowsze auta. Innymi słowy Komisja, a wraz z nią polski rząd wprowadza podatek dla biednych (o osobach nie posiadających aut z przyczyn materialnych nie wspomnę, bo dla ich relatywnie gorszej sytuacji, brak dodatkowych podatków to żadna ulga).

Logikę Szanownej Komisji mogę zrozumieć - w końcu z punktu widzenia kilkunastu najbogatszych państw Europy samochód to dobro powszechne, pracować na niego obywatele „bogatszej" Unii długo nie muszą, a więc poruszanie się starymi gratami może się wydawać tylko skąpstwem, bezmyślnością lub stylem życia. A styl życia jak wiadomo musi kosztować. Szkoda tylko, że ta logika nijak się ma do reszty Europy.

Za powódź ma zapłacić energetyka - postanowił rząd. Rozumiem, że energetyka dlatego, bo na ten cel przeznaczono gigantyczne pieniądze, więc łatwiej przesunąć środki z gigantycznej górki na mniejszą niż z 30 przeciętnie wielkich sejfów do jednego.

Problem w tym, że energetyka jest równie istotna, co pomoc powodzianom. Bo wyobraźmy sobie kilkudniowy blackout - dajmy na to obszarze jednej piątej kraju. Tydzień bez pracy, bez światła, bez lodówek, odkurzaczy, telewizorów, komputerów, tramwajów no i sklepów. W końcu kasy fiskalne nie są na korbki.

A co zrobią ludzie, którzy będą już wtedy mieli elektryczne samochody. Oni będą w najgorszej sytuacji. Tyle, że nie będą płacić podatku.

Niewątpliwie jednak - problem bieżący jest bardziej palący niż wydumane black outy. Póki się oczywiście nie wydarzą.