Rok temu na łamach „Rzeczpospolitej” pisałem o konieczności przebudzenia się ze snu o technologicznym Świętym Graalu. Dziś bardziej obawiam się innego skrajnego podejścia – epatowania ryzykiem bańki. Jesteśmy na etapie weryfikacji i urealnienia spojrzenia na możliwości AI.
Symboliczne jest to, że sama branża technologiczna, która wokół swojego narzędzia „nakręciła” falę oczekiwań, dziś apeluje o umiar i czas na udowodnienie zasadności ogromnych nakładów inwestycyjnych na infrastrukturę cyfrową.
W ostatnich tygodniach Sam Altman, dyrektor generalny OpenAI, firmy stojącej za sukcesem ChatGPT, zwracał uwagę, że inwestorzy są nadmiernie podekscytowani sztuczną inteligencją. Prezes Microsoftu Satya Nadella podkreśla z kolei, że jest już zmęczony ciągłym szumem wokół AI. Zwraca uwagę, że jeśli technologia ta ma doprowadzić do rewolucji porównywalnej z przemysłową, musi to mieć przełożenie na realną gospodarkę, np. wpłynąć na wzrost produktywności na miarę czasów wynalezienia maszyny parowej.
Te tonujące wypowiedzi pojawiają się też w momencie przekroczenia punktu krytycznego zainteresowania AI. Według danych amerykańskiego urzędu statystycznego, między czerwcem a sierpniem 2025 r. odsetek dużych firm korzystających z AI spadł z 13,5 proc. do 12 proc. To pierwszy taki spadek od początku monitorowania trendu w 2022 r.