Czyli można mówić to samo, co inni napuszeni dyskutanci, ale nie brać odpowiedzialności za słowo, tłumacząc różne niespójnością konwencją felietonu. Zatem „lekka" forma ma swoje zalety. Nie ma ryzyka oskarżenia o stalinizm, tuskizm, zaprzedanie zachodnim grupom finansowym itp.

I tak, korzystając z tej taryfy ulgowej, postanowiłam wziąć udział w ogólnonarodowej dyskusji o OFE. W ramach bardzo uproszczonej metodologii należy zdefiniować podstawową kategorię, czyli czyje są pieniądze w OFE. Gdy to będzie jasne, reszta jest prosta. Właściciel wie, co zrobić. I ma do tego prawo.

Według zapomnianej już teorii praw własności, właściciel może dysponować bez ograniczeń przedmiotem swojej własności. Nawet, UWAGA, UWAGA, ten przedmiot zniszczyć.

A więc czyje są pieniądze w OFE?

1. ZUS-u – tak myślą ci, którzy pozostali w pierwszym filarze, a tę część składki, która płynie do OFE, traktują jako transfer zusowskich pieniędzy.

2. OFE – czyli otwartego funduszu emerytalnego, który pomnaża je jak może, a państwo mu utrudnia, bo określa sztywną strategię inwestowania, zmuszając do kupowania głównie obligacji państwowych, o co potem ma duże pretensje.

3. PTE – czyli powszechnego towarzystwa emerytalnego, które zarządza OFE, które powinno dobrze zarządzać i mało za to brać, a jest odwrotnie.

4. Państwa – bo może dać i może zabrać. Poza tym gwarantuje za tzw. performance OFE (PTE?), czyli jak im totalnie nie wyjdzie (volitality of the market – zmienność rynków), to państwo i tak będzie musiało wypłacić emerytury z II filara.

5. Klientów, czyli ubezpieczonych w II filarze, którzy mają konta imienne, a na nich zapisy. Dostają oni raz do roku wyciąg z tego konta, nie mogą zabrać tych pieniędzy, nie mają wpływu na wybór strategii inwestowania; to, co mogą potencjalnie dostać w postaci emerytury, zależy od przepychanki między państwem i PTE, gdzie państwo gwarantuje jakieś minimum, a PTE w zależności jak wyjdzie.

Czyli mamy problem i to widać w dyskusji o modelu OFE. Dlatego trzeba szukać rozwiązań w ramach ograniczeń pojęciowych i instytucjonalnych, jakie mamy, a nie odwoływać się do jakiegoś abstrakcyjnego ideału, bo czegoś takiego nie ma, a w Polsce w szczególności.

I tu zaczyna się konstruktywna część felietonu. Moja propozycja jest następująca. Nie likwidujmy OFE, nie wypowiadajmy umów na zarządzanie PTE. Problem z nieprecyzyjną definicją czyje są pieniądze w OFE zredukujmy zmniejszając transfer do OFE do powiedzmy 1 proc. podstawy. Ale potraktujmy II filar jako benchmark dla indeksacji w ZUS, tych ubezpieczonych, którzy będą mieli ochotę być w obu filarach. Czyli te pieniądze, które szły kiedyś do OFE, zostaną w ZUS, jednak ich efektywność dla właścicieli, to znaczy przyszłych emerytów, będzie określana na rynku kapitałowym, na którym inwestują OFE.

Aby znaleźć dobrą miarę i pokazać wyższą efektywność kapitałowego filara ubezpieczeń, wcale nie trzeba mieć ogromnych sum. To samo można osiągnąć w mniejszej skali, a koszty „transakcyjne", inkasowane przez PTE, znacznie spadną. A co będzie, jeśli taki benchmark z II filara będzie niższy niż zwykła siermiężna indeksacja ZUS? No cóż, to będzie cena za ryzyko, które zaakceptowali uczestnicy, wybierając II filar. A w najgorszym przypadku ZUS będzie płacił co najmniej minimalną emeryturę.

- Mieczysław Groszek wiceprezes Związku Banków Polskich; tekst wyraża poglądy autora, a nie instytucji, w której pracuje

.