Z punktu widzenia rachunkowości wszystko może być w porządku. NBP zgromadził w ciągu ostatnich lat potężny zapas złota, kupując je po atrakcyjnych cenach, więc obecnie jest ono warte znacznie więcej, niż wydaliśmy na zakup (prezesowi NBP należą się ukłony). Jest to część rezerw walutowych, które zabezpieczają wartość złotego, ale mamy ich tak dużo, że nawet spadek w wyniku sprzedania części złota nie musiałby spowodować problemów.
No tak, ale prawo zabrania NBP wyprzedaży rezerw złota i przekazania tych pieniędzy rządowi. W związku z tym NBP zapewne chce złoto sprzedać i zaraz odkupić (lub wymienić na obligacje), pozostawiając rezerwy na niezmienionym poziomie. No to skąd ma się wziąć zysk? Stąd, że zgodnie z zasadami rachunkowości w chwili sprzedaży złota następuje realizacja zysków z zakupu, a różnica pomiędzy dochodem ze sprzedaży a kosztami zakupu zostaje zapisana jako zysk. I zgodnie z prawem NBP ten zysk przekazuje do budżetu.
No tak, tylko że jeśli NBP złoto sprzeda i odkupi, żadne pieniądze na jego konto nie wpłyną (w rzeczywistości poniesie na tej operacji pewną stratę, bo przecież trzeba będzie zapłacić coś pośrednikom). Dlatego będą jak kot Schrödingera, bo zysk do przekazania budżetowi się pojawi, ale realnie żadnych pieniędzy na to nie będzie. Bank centralny ma jednak pewną, jedyną w świecie, umiejętność. Jeśli potrzebuje pieniędzy, by przekazać je rządowi, po prostu je z niczego tworzy (tradycyjnie nazywa się to drukowaniem pieniędzy, bo tak to kiedyś robiono; dziś po prostu otwiera się linię kredytową dla rządu). Faktycznie oznacza to oczywiście złamanie konstytucyjnego zakazu finansowania deficytu rządowego dodrukiem pieniędzy, ale z punktu widzenia rachunkowości można bronić stanowiska, że nie.
Czy to oznacza, że cała operacja jest błędna? Niekoniecznie, można ją sobie wyobrazić przy porozumieniu prezydenta, NBP i rządu, choć miałaby więcej sensu, gdyby po prostu, w drodze poprawki do konstytucji, zgodzić się na jednorazową operację sprzedaży części złota (bez odkupu). W przeciwnym razie grozi wzrost inflacji i stóp procentowych, chyba że NBP ściągnie nadmiar pieniędzy z rynku, sprzedając zapasy swoich obligacji. Ale, po pierwsze, oznacza to, że nie jest to SAFE zero procent, ale znacznie droższy; a po drugie, że operacja może przynieść jednorazowy zysk, ale za cenę wielkich strat NBP w kolejnych latach. No i na koniec, nie jest to alternatywa dla unijnego programu SAFE, bo będzie oznaczać znacznie mniej pieniędzy i później dostępnych. Natomiast mógłby być jego uzupełnieniem w odniesieniu do zakupów broni w USA (zwłaszcza gdyby część złota rzeczywiście sprzedać).
Jak w prosty sposób wytłumaczyć całą operację pieniędzy z niczego? Jest pewna analogia do ofert składanych starszym ludziom, którzy odsprzedają prawo do swojego mieszkania w zamian za rentę, ale mają prawo mieszkać w nim do śmierci. W tym przypadku także wiemy, że NBP kupił złoto z zyskiem i kiedyś, zapewne, ten zysk zostanie zrealizowany poprzez sprzedaż. Prezydent i prezes proponują, by a conto tego przyszłego zysku już dziś wydrukować pieniądze i przekazać je na zakupy sprzętu. Trochę to księgowa sztuczka, na pewno nie darmowa, a w dodatku rodząca problemy dla polityki pieniężnej.