Reklama

Paweł Rożyński: Tanie „strzały” Iranu podbijają ceny paliw. Rozwiązania kryzysu są tylko złe

Dwa tysiące lat po klęsce Rzymian pod Carrhae historia wraca w nowej formie – tanie drony i rakiety Iranu znów pokazują, że najprostsza broń potrafi zaskoczyć największe potęgi. A skutki tej wojny widzimy już na stacjach paliw.
Iran zasypał bazy USA i zaprzyjaźnione z nimi kraje Zatoki gradem tanich dronów Shahed

Iran zasypał bazy USA i zaprzyjaźnione z nimi kraje Zatoki gradem tanich dronów Shahed

Foto: Leanid / Adobe Stock

Historia zwykle się powtarza. W 53 r. p.n.e. pod Carrhae na terenie obecnej południowo-wschodniej Turcji, rzymscy legioniści, najlepiej uzbrojeni i zorganizowani żołnierze ówczesnego świata, przeżyli prawdziwy szok. Ich słabszy przeciwnik, Partowie, przodkowie dzisiejszych Irańczyków, zamiast szturmować ich czworobok, wykorzystali lekkich konnych łuczników, którzy z dystansu zasypali Rzymian gradem strzał. Te zdawały się nie kończyć (w 20 min. mogli wystrzelić ich nawet 2 mln!), bo Partowie dowozili je strzelcom na wielbłądach. Efekt? Rzymianie poszli w rozsypkę, zginął ich wódz Krassus i tysiące żołnierzy.

Dziś, po ponad dwóch tysiącach lat, schemat ten powrócił w nowej formie. Również najpotężniejsza machina wojenna obecnego świata stanęła w obliczu taktyki, z którą nie może sobie poradzić. Iran zasypał bazy USA i zaprzyjaźnione z nimi kraje Zatoki gradem tanich dronów Shahed i rakiet, odpowiedników dawnych strzał Partów.

Choroba zwycięstwa

To, że taki scenariusz będzie miał miejsce, było dość oczywiste. Niestety, Amerykanie zaślepieni sukcesem z Wenezueli, gdzie bez strat porwali prezydenta Nicolasa Maduro i zmusili jego reżim do współpracy, zlekceważyli nowego/starego przeciwnika. To zjawisko psychologiczne nazywane często „chorobą zwycięstwa”. Ignoruje się fakty, liczby, choć czasem nawet rzut oka na mapę i wielkość terytorium przeciwnika rozjaśniłyby umysł. Ofiarą tej choroby padli choćby Napoleon i Hitler. Ten ostatni w listopadzie 1941 r. obwieścił, że Rosja jest skończona i kazał rozdawać zaproszenia na defiladę w Moskwie. – Myślę, że wojna w Iranie jest praktycznie zakończona. Nie mają marynarki wojennej, łączności, sił powietrznych. Wystrzelili, co mieli do wystrzelenia – oświadczył w poniedziałek Donald Trump. Czyżby deja vu? 

Skutki tej „choroby zwycięstwa” prezydenta USA Polacy odczuwają już w swoich portfelach. Można było przewidzieć, że nawet przy krótkiej kampanii ceny ropy pójdą ostro w górę. Tymczasem ani Amerykanie, ani kraje Zatoki nie byli na to przygotowani i stanęli bezradnie jak Rzymianie pod Carrhae, nie wiedząc, co robić. Bo też nie ma realnej alternatywy dla cieśniny Ormuz, poza saudyjskim rurociągiem do Morza Czerwonego, który nie ma wystarczającej przepustowości i może być łatwo atakowany przez dywersantów czy jemeńskich Huti sprzymierzonych z Iranem. Konwoje tankowców z ropą? To będzie ekstremalnie niebezpieczne i kosztowne. Poza tym potrzeba na to czasu. Dużo czasu.

Jak zatrzymać wzrost cen paliw

Co prawda, ropa po osiągnięciu 115 dol. za baryłkę teraz nieco potaniała, ale dalej to poziom nienotowany od czasu ataku Rosji na Ukrainę. Nie ma co zaklinać rzeczywistości (zostawmy to Donaldowi Trumpowi), wojna prędko może się nie skończyć. W tej sytuacji wszystkie rządy świata zastanawiają się, jak ratować gospodarki zagrożone inflacją, a w pierwszej kolejności jak ulżyć kierowcom.

Reklama
Reklama

Jeśli polski rząd nie zareaguje, wysokie ceny mogą wywołać masowe protesty. Tu na stole leżą dwa rozwiązania – złe i jeszcze gorsze. Jedno to obniżka VAT i akcyzy, które dużo ważą w cenie paliwa. To jednak byłoby bardzo kosztowne dla budżetu, który już trzeszczy za sprawą ogromnych wydatków zbrojeniowych i wciąż zbyt wysokich – socjalnych.

Kolejna opcja to ceny zamrożone „pod stołem”. Rząd może wykorzystać dominującą pozycję Orlenu. Ryzyko? Powtórka z czasów PiS i prezesa Daniela Obajtka oraz słynnych „awarii dystrybutorów”, kiedy to przed wyborami parlamentarnymi utrzymywano sztucznie zaniżone ceny. I paliwa zaczęło brakować. Podobnie zresztą było, kiedy premier Węgier Viktor Orbán w 2022 r. wprowadził cenę maksymalną na paliwo. W efekcie import paliw stał się nieopłacalny. Na stacjach wprowadzono limity, a ostatecznie paliwa i tak zabrakło. I węgierski rząd musiał się wycofać. Te lekcje warto wziąć pod uwagę.

Paradoksalnie największy problem ma Donald Trump, który zlekceważył „tanie strzały” Iranu i konsekwencje blokady Ormuzu. Uwolnienie strategicznych rezerw ropy w USA dałoby mu oddech w czasie liczonym ledwie w dniach, więc bez dużych podwyżek na stacjach się nie obejdzie. A będą bardziej dotkliwe niż w Europie, bo w USA ropa jest mniej opodatkowana. Tanie paliwo to jeden z symboli Ameryki, wręcz prawo obywatelskie. Jeśli ceny na stacjach będą dalej rosnąć, Amerykanie mogą się na Trumpa naprawdę wkurzyć.

Opinie Ekonomiczne
Apel Izby Wydawców Prasy: Demokratyczny rząd nie może być obojętny na los ludzi kultury
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Materiał Promocyjny
Nowoczesne finanse, decyzje finansowe w świecie algorytmów – jak zachować kontrolę
Opinie Ekonomiczne
Joanna Pandera: Czeka nas wojna o przemysł
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Keynes jak Lenin. Wiecznie żywy
Opinie Ekonomiczne
Gorynia, Fiedor, Polowczyk: 250 lat „Bogactwa narodów”
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama