Historia zwykle się powtarza. W 53 r. p.n.e. pod Carrhae na terenie obecnej południowo-wschodniej Turcji, rzymscy legioniści, najlepiej uzbrojeni i zorganizowani żołnierze ówczesnego świata, przeżyli prawdziwy szok. Ich słabszy przeciwnik, Partowie, przodkowie dzisiejszych Irańczyków, zamiast szturmować ich czworobok, wykorzystali lekkich konnych łuczników, którzy z dystansu zasypali Rzymian gradem strzał. Te zdawały się nie kończyć (w 20 min. mogli wystrzelić ich nawet 2 mln!), bo Partowie dowozili je strzelcom na wielbłądach. Efekt? Rzymianie poszli w rozsypkę, zginął ich wódz Krassus i tysiące żołnierzy.
Dziś, po ponad dwóch tysiącach lat, schemat ten powrócił w nowej formie. Również najpotężniejsza machina wojenna obecnego świata stanęła w obliczu taktyki, z którą nie może sobie poradzić. Iran zasypał bazy USA i zaprzyjaźnione z nimi kraje Zatoki gradem tanich dronów Shahed i rakiet, odpowiedników dawnych strzał Partów.
Choroba zwycięstwa
To, że taki scenariusz będzie miał miejsce, było dość oczywiste. Niestety, Amerykanie zaślepieni sukcesem z Wenezueli, gdzie bez strat porwali prezydenta Nicolasa Maduro i zmusili jego reżim do współpracy, zlekceważyli nowego/starego przeciwnika. To zjawisko psychologiczne nazywane często „chorobą zwycięstwa”. Ignoruje się fakty, liczby, choć czasem nawet rzut oka na mapę i wielkość terytorium przeciwnika rozjaśniłyby umysł. Ofiarą tej choroby padli choćby Napoleon i Hitler. Ten ostatni w listopadzie 1941 r. obwieścił, że Rosja jest skończona i kazał rozdawać zaproszenia na defiladę w Moskwie. – Myślę, że wojna w Iranie jest praktycznie zakończona. Nie mają marynarki wojennej, łączności, sił powietrznych. Wystrzelili, co mieli do wystrzelenia – oświadczył w poniedziałek Donald Trump. Czyżby deja vu?
Skutki tej „choroby zwycięstwa” prezydenta USA Polacy odczuwają już w swoich portfelach. Można było przewidzieć, że nawet przy krótkiej kampanii ceny ropy pójdą ostro w górę. Tymczasem ani Amerykanie, ani kraje Zatoki nie byli na to przygotowani i stanęli bezradnie jak Rzymianie pod Carrhae, nie wiedząc, co robić. Bo też nie ma realnej alternatywy dla cieśniny Ormuz, poza saudyjskim rurociągiem do Morza Czerwonego, który nie ma wystarczającej przepustowości i może być łatwo atakowany przez dywersantów czy jemeńskich Huti sprzymierzonych z Iranem. Konwoje tankowców z ropą? To będzie ekstremalnie niebezpieczne i kosztowne. Poza tym potrzeba na to czasu. Dużo czasu.
Jak zatrzymać wzrost cen paliw
Co prawda, ropa po osiągnięciu 115 dol. za baryłkę teraz nieco potaniała, ale dalej to poziom nienotowany od czasu ataku Rosji na Ukrainę. Nie ma co zaklinać rzeczywistości (zostawmy to Donaldowi Trumpowi), wojna prędko może się nie skończyć. W tej sytuacji wszystkie rządy świata zastanawiają się, jak ratować gospodarki zagrożone inflacją, a w pierwszej kolejności jak ulżyć kierowcom.