Gdyby na rzeczywistą pomoc polskim rolnikom krajowi politycy poświęcili choć połowę energii, jaką zużyli na walkę z umową handlową UE z krajami Mercosuru, nasi producenci rolni mieliby rozwiązaną większość problemów, z jakimi się mierzą. Właśnie nadchodzi kolejne „sprawdzam”.
W środę Senat zajmuje się ustawą „o zmianie niektórych ustaw w celu wzmocnienia pozycji rolników aktywnych zawodowo”, czyli mówiąc po ludzku, o tzw. aktywnym rolniku. W dużym skrócie chodzi o to, by pieniądze z unijnych dopłat trafiały do prawdziwych rolników, a nie tych z Łodzi czy Gdańska, którzy ziemię odziedziczyli po rodzicach lub dziadkach. I dzierżawią ją po cichu sąsiadom ze wsi, inkasując od nich czynsz pod stołem. A przede wszystkim wyłudzając unijne dopłaty, które im się zwyczajnie nie należą, bo z założenia mają trafiać do tych, którzy grunty faktycznie użytkują.
Dlaczego aktywny rolnik jest dobry dla gospodarstw towarowych
Ustawa ma zlikwidować tę patologię, która – gdyby unijny NIK, czyli OLAF, na serio się nią zajął – groziłaby nam wielomiliardowymi karami. Patologia ta betonuje stan własnościowy gruntów na wsi, utrudniając rozwój rolnikom prowadzącym gospodarstwa towarowe. Zamiast borykać się z dziesiątkami dzierżaw (oficjalnych i pod stołem) chętnie by oni dokupili ziemi, ale nie ma od kogo, bo sprzedaje ją tylko ten, kto ma finansowy nóż na gardle.
Nie wszyscy są jednak z nadciągającego „aktywnego rolnika” zadowoleni, skoro na 1,3 mln gospodarstw, które teoretycznie istnieją w Polsce, nawet 600 tys. może być dopłat pozbawionych, bo to gospodarstwa fikcyjne. Ich właściciele, nie tylko ci żyjący w polskich miastach, ale też utrzymujący się na wsi np. z działalności gospodarczej czy pracujący na Zachodzie, to potężny elektorat do zagospodarowania. Koncentruje się on w mateczniku PiS, czyli we wschodniej oraz południowo-wschodniej Polsce, gdzie struktura wsi jest mocno rozdrobniona.