Po koszmarnie długich, ale jak się wydaje, wyjątkowo udanych negocjacjach Polska ma podpisać (oby) drugą umowę wykonawczą na dostawę dla Wojska Polskiego koreańskich czołgów K2.
Zatem wbrew pesymistom wieszczącym, że do podpisania kontraktu nie dojdzie, a cały zakup obecny rząd anuluje, nic takiego się nie stało. Co więcej, wydaje się, że nowa umowa została zawarta na dużo lepszych warunkach niż pierwszy kontrakt, zawarty jeszcze za czasów, kiedy w MON rządził Mariusz Błaszczak.
To w pełni usprawiedliwia moim zdaniem „haniebny” poślizg w podpisaniu umowy. Lepiej wolno, a skutecznie, niż szybko, ale byle jak.
Opóźnienie usprawiedliwia też fakt, że kontrakt zapewni utrzymanie ciągłości dostaw. Na tę kwestię zwrócił uwagę wiceminister Paweł Bejda. Ostatnie czołgi z realizowanej już umowy z 2022 r. dostarczone zostaną do końca tego roku. Pierwsze czołgi z nowej mają zaś trafić do Polski już w 2026 r.
Czytaj więcej
W piątek ma być zawarta umowa na kolejne 180 czołgów K2. Jej realizacja oznacza, że w 2030 r. będziemy posiadać ponad tysiąc czołgów. To więcej niż...
Będą wozy towarzyszące, o których poprzednia ekipa zapomniała
Tym, co na pewno powinno cieszyć, jest fakt, że tym razem zamówienie obejmie tzw. wozy towarzyszące. Bez nich wyposażone w czołgi jednostki nie mogą efektywnie działać, a kompletnie „zapomniano” o nich przy podpisywaniu pierwszego kontraktu. Niemniej ważne jest przy tym to, że wszystkie 80 maszyn zostanie wyprodukowanych w polskich zakładach.
To jednak niejedyne powody do optymizmu. Godny docenienia jest także charakter samej umowy, która poza zapewnieniem dodatkowych 180 czołgów, gwarantuje Polsce uzyskanie pełnych zdolności do serwisowania czołgów K2 w kraju. Zarówno na poziomie napraw bieżących w jednostkach, jak i poważniejszych remontów (tzw. czwartego poziomu), które prowadzi się w zakładach przemysłu obronnego.
Kolejnym powodem do zadowolenia jest lokalizacja produkcji pierwszej partii czołgów w docelowej wersji K2PL w polskich zakładach zbrojeniowych (czy też „składania” z części dostarczonych z Korei, jak podkreślają złośliwi). To oczywiście niewielka część zamówienia, bo w Polsce ma powstać jedynie 60 ze 180 zamówionych czołgów. A to naprawdę niewiele, jak na skalę dotychczasowych zamówień.
Co montażem koreańskiego uzbrojenia w Polsce?
Warto jednak spojrzeć na te osiągnięcia w szerszym kontekście. Chciałbym przypomnieć, że to i tak znacznie szybciej, niż wynikałoby to z informacji udostępnianych po podpisaniu umowy ramowej przez ministra Mariusza Błaszczaka, która – jak wówczas informowano – zapowiadała (umowa ramowa wyraża jedynie wolę zakupu) zakup w Korei 1000 czołgów K2, z których 500 miano wyprodukować w Korei, a kolejne 500 w Polsce. A to oznaczałoby, że produkcja w Polsce nie rozpoczęłaby się przed drugą połową lat trzydziestych. Oczywiście, o ile podane wówczas informacje były ścisłe.
Ten brak, chociażby tylko tak pogardzanego „montażu” koreańskiego uzbrojenia w Polsce, był dotychczas dla mnie wyjątkowo przykry. Szczególnie gdy pojawiły się informacje, że Australia zamówiła tylko 30 armatohaubic samobieżnych K9 Thunder oraz 15 wozów amunicyjnych K10, a mimo to doczekała się wybudowanej w ciągu dwóch lat nowej montowni tego sprzętu w Geelong. To tam zostaną „wyprodukowane” australijskie wozy. Polska zakontraktowała dotychczas ponad 350 armatohaubic K9, z których co najmniej 174 zostały już dostarczone. Żadna z nich nie tylko nie została w Polsce wyprodukowana, ani nawet zmontowana z dostarczonych z Korei „klocków”. To powinno dawać wszystkim do myślenia. Nie jest to też powód do dumy dla polskich negocjatorów. I nie, nie usprawiedliwia ich w tym przypadku strach przed zagrożeniem ze strony Rosji, które urealniło się po wybuchu wojny Rosji z Ukrainą.
MON sobie teraz lepiej radzi niż za poprzedniego rządu
Dlatego osobiście uważam, że MON w obecnym składzie, z duetem wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz i wiceminister Paweł Bejda, przy wsparciu Agencji Uzbrojenia radzi sobie z zawieraniem rzeczywistych zakupów może niezbyt szybko, ale za to znacznie lepiej, niż ekipa poprzednio rządząca w MON.
Dziś zamiast obietnic mamy realne i – jak się wydaje – coraz lepiej przemyślane zakupy. Zyskujemy realne kompetencje, transfery technologii i zdolności związane z obsługą sprzętu. Nie musimy od razu pozyskać całego potrzebnego uzbrojenia. Byłoby to zresztą niemożliwe. Nie potrafi tego żaden kraj na świecie, nie wyłączając USA i Chin. Wieczne zatem narzekania, że kupujemy nie to, co potrzeba, albo za mało, albo za dużo, albo wolno, albo też za szybko, złożyłbym mimo wszystko na karb zwykłego malkontenctwa. Polska nigdy jeszcze nie osiągnęła takich postępów w modernizacji swoich sił zbrojnych, jak na przestrzeni ostatnich czterech lat.