Kraj pustoszyły obce armie przetaczające się w tę i z powrotem. Teraz to tranzytowe położenie Polski staje się jej atutem. Nasz PKB pomnaża branża logistyczna – od portów morskich, przez centra magazynowe obsługujące z Polski inne kraje regionu, do przedsiębiorstw transportowych.

Nasze porty z powodzeniem ścigają się z niemieckimi. Kwitnie flota tirów: szacuje się, że zarejestrowane nad Wisłą firmy – przyznajmy, nie tylko krajowego, ale i zachodniego pochodzenia – wykonują nawet jedną czwartą przewozów międzynarodowych w UE. Sprzyjają im konkurencyjne koszty pracy: zatrudnienie polskiego kierowcy kosztuje 1–2 tys. euro miesięcznie mniej niż holenderskiego. Dotyczy to także innych gałęzi logistyki: konkurencyjne koszty zachęciły Amazon, światowego potentata handlu internetowego, do przeniesienia pod Wrocław i Poznań magazynów obsługujących dostawy do jego niemieckich klientów.

Branża logistyczna rośnie dlatego, że Polska stała się jednym z centrów przemysłowych Europy. Jesteśmy już największym w UE producentem AGD. Produkcję tę trzeba przewieźć do odbiorców na całym kontynencie. Nic dziwnego, że firmy transportowe planują na przyszły rok wzrost przychodów dwu-, trzykrotnie przekraczający prognozowane tempo wzrostu naszego PKB.

Na tym wszystkim cieniem kładzie się wiele zagrożeń. Najpoważniejsze to ryzyko rozpadu strefy Schengen i ograniczenie przewozu towarów bez kontroli granicznej. Ale także coraz silniejsza tendencja do wtórnego szatkowania wspólnego rynku transportowego UE na rynki krajowe, mająca eliminować naszych transportowców z gry. W tym kierunku zmierza np. wprowadzenie przez Niemcy i Francję minimalnej płacy dla kierowców z innych krajów. Jeśli mamy utrzymać silną pozycję polskiego transportu w UE, potrzebna jest aktywność polskich władz. I skuteczne działania w duchu: „więcej Europy". Jeśli rząd je zaniedba, przestaniemy czerpać zyski z tranzytowego położenia, które znów może się stać naszym przekleństwem.