Nie będę więc pisać o kondycji złotego, lecz o pieniądzu światowym. Takim, który jest akceptowany na całym świecie, w którym rozlicza się transakcje międzynarodowe i który wszystkie kraje trzymają jako rezerwę w skarbcach banków centralnych – po to, by zapewnić wymienialność własnych walut (dlatego nazywa się go też pieniądzem rezerwowym).
Na początku XX wieku rolę taką pełnił brytyjski funt. Nic dziwnego – Imperium Brytyjskie obejmowało jedną czwartą ludności świata i jedną piątą globalnego PKB, Londyn był największym centrum finansowym, a trwała wartość funta była zagwarantowana przez jego pełną wymienialność na złoto.
Nic jednak nie trwa wiecznie. Z czasem gwiazda funta zbladła, a jego miejsce zajął nowy król, czyli dolar. I znowu – nic dziwnego. W połowie XX wieku Nowy Jork przejął rolę Londynu jako centrum światowych finansów, Stany Zjednoczone wytwarzały jedną trzecią globalnego PKB, a choć dolar nie był w pełni wymienialny na złoto, był walutą bardzo stabilną.
I dolar w zasadzie rządzi po dziś dzień, choć od początku XXI wieku u jego boku pojawił się lokalny rywal – euro (w roku 2000 dolary stanowiły ponad 70 proc. rezerw walutowych świata, dziś jest to niecałe 60 proc., podczas gdy udział euro wzrósł do 20 proc.).
Czytaj więcej
Decyzja RPP w sprawie stóp procentowych miała być neutralna dla złotego. Tak jednak nie było. Skala zaskoczenia jest bowiem ogromna.
I taka właśnie uprzywilejowana pozycja dolara kłuje w oczy te kraje, które chciałyby usunąć USA z miejsca największego mocarstwa gospodarczego świata. Podczas sierpniowego spotkania grupy BRICS (Chin, Indii, Rosji, Brazylii i RPA) Moskwa usiłowała rozpocząć rozmowę na temat stworzenia nowej, wspólnej waluty rezerwowej (na bazie koszyka walut krajów BRICS), która mogłaby zdetronizować dolara i zadać w ten sposób potężny cios amerykańskim finansom i amerykańskiemu prestiżowi.
Czy jest to możliwe?
Oczywiście, mógł argumentować Kreml. Przecież kraje BRICS wytwarzają dziś łącznie niemal jedną trzecią światowego PKB (dwa razy więcej niż Stany Zjednoczone) i mają potężne rezerwy złota oraz dewiz. Wystarczy się odważyć i rzucić wyzwanie, a wkrótce większość nienawidzącego Amerykanów świata z radością wymieni zużyte „baksy” na lśniące, nowe „briksy”.
Posiadanie światowej waluty to czysty zysk, bo – magazynując ją w swoich skarbcach – reszta świata udziela gigantycznego, darmowego kredytu krajom, które ją emitują. Ale jest to przede wszystkim dowód gospodarczej potęgi i narzędzie budowy wpływów politycznych. Zmagający się z konsekwencjami wojny Kreml z radością ogłosiłby swemu narodowi takie zwycięstwo nad USA. Wreszcie byłoby widać, kto jest upadłym mocarstwem, a kto nowym!
No tak, gdzie konia kują, żaba nogę podstawia. Wprawdzie PKB grupy BRICS to 32 proc. globalnego PKB, ale z tego udział Chin to 19 proc., a Rosji niecałe 3. Więc to nie zdanie prezydenta Putina miało tu znaczenie, a zdanie Pekinu. A że Chiny nie miały ochoty podjąć tematu, więc na szczycie w południowoafrykańskim Johannesburgu nikt go nie poruszył.
Chiny zapewne bez przykrości myślą o detronizacji dolara. Ale po to, by stworzyć nowy globalny pieniądz, nie wystarczy wielki PKB. Trzeba też otworzyć dla inwestorów z całego świata swój rynek finansowy i pozwolić na swobodne kształtowanie się kursu swojej waluty, bo nikt nie ma ochoty przetrzymywać bogactwa i używać w transakcjach pieniądza, którego wartość jest ręcznie ustalana na podstawie decyzji politycznych. A na taki krok Pekin nie jest gotowy, bo to oznaczałoby utratę potężnego narzędzia kontroli nad gospodarką.
Więc na razie Władimir Putin może sobie tylko pomarzyć o zastąpieniu dolara i pokonaniu Ameryki.