A związane z nim ryzyko wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej rozstrzygnie się już za trzy i pół miesiąca. Bo wyniku zaplanowanego na 23 czerwca referendum, które ma zadecydować o brytyjskim pozostaniu w Unii lub jej opuszczeniu, po prostu nie da się dziś przewidzieć.
Całość została wymyślona i wyreżyserowana przez premiera Davida Camerona (nie mylić z reżyserem „Terminatora" i „Titanica" Jamesem Cameronem). Trzy lata temu wpadł na pomysł wykorzystania brytyjskich fobii i obaw przed „kontynentalną zarazą" po to, by zyskać punkty w wewnętrznych sporach politycznych. Bruksela miała zaproponować ustępstwa, brytyjscy negocjatorzy mieli powrócić w chwale, a Brytyjczycy mieli spokojnie zagłosować za pozostaniem ich kraju w Unii. Absolutnym zwycięzcą miał zostać premier – z jednej strony prezentując się wyborcom jako ten, który umie rzucić Niemców i Francuzów na kolana, z drugiej zaś zamykając usta eurosceptycznej opozycji we własnej partii.
Scenariusz naprawdę doskonały – lekki thriller w stylu political fiction, z pewnym happy endem. Szkoda tylko, że film najwyraźniej wymknął się reżyserowi z rąk i zmienił w horror według najlepszych wzorów Alfreda Hitchcocka – najpierw wybuchła bomba atomowa, a potem napięcie systematycznie rosło, w miarę tego jak w scenariuszu pojawiło się coraz więcej nowych i niespodziewanych wątków (euro, Państwo Islamskie, imigranci).
Jeszcze pół roku temu zdecydowana większość Brytyjczyków deklarowała głosowanie za pozostaniem w Unii. Dziś nikt nie umie powiedzieć, jaki będzie wynik. Jedna zła wiadomość z Brukseli, Frankfurtu, albo z grecko-macedońskiej granicy może spowodować, że szala przechyli się na korzyść zwolenników wyjścia.
Jeśli do tego dojdzie, klamka zapadnie i nikt nie będzie w stanie naprawić szkód. Oczywiście unijni i brytyjscy negocjatorzy zaraz usiądą do stołu, by wypracować nowe porozumienie w sprawie specjalnego brytyjsko-unijnego partnerstwa, które zminimalizowałoby negatywne skutki gospodarcze. Zapewne udałoby się to szybko osiągnąć – w końcu nikomu nie zależy na tym, by ponosić straty z tytułu osłabienia współpracy gospodarczej, a większość przywilejów wynikających z uczestnictwa we wspólnym rynku da się zagwarantować również w porozumieniu o partnerstwie.