Centralny Port Komunikacyjny zszedł ostatnio nieco z „radarów” opinii publicznej. Niesłusznie! To w istocie tykająca bomba inwestycyjna, która – jeśli zostanie urzeczywistniona – nie tylko pochłonie dziesiątki miliardów złotych na swoją budowę, ale też kolejne miliardy na eksploatację wielkiej, tragicznie przeskalowanej infrastruktury.
Start budowy CPK już latem
Pełnomocnik rządu ds. budowy CPK, minister Marcin Horała, właśnie ogłosił rozpoczęcie budowy w najbliższe lato, nie precyzując, kiedy spodziewa się jej zakończenia i uruchomienia lotniska.
Z teorii i praktyki zarządzania wiemy, że każdy poważny projekt winien mieć przede wszystkim harmonogram rzeczowo-finansowy, ale – mimo siedmiu już lat zajmowania się tematem przez rząd PiS – CPK nie może się go doczekać. Albo raczej doczekuje się kolejnego przesuwania dat otwarcia, od pierwotnej daty w 2027 roku aż po rok 2035. Już to jedno nie pozwala na poważne traktowanie deklaracji decydentów na ten temat.
Obiekcje do budowy CPK były zgłaszane od ogłoszenia projektu w 2017 roku przez wielu fachowców i interesariuszy. Wskazywano na światową zmianę paradygmatu podróży na punkt-do-punktu, koniec ery jumbo-jetów, dynamiczny rozwój polskich lotnisk regionalnych, na nierealne założenia, że LOT-owi uda się samodzielnie zdobyć ruch tranzytowy i odebrać potoki pasażerskie wielkim aliansom.
Szczególnie intensywna dyskusja publiczna miała miejsce na łamach prasy w 2020 roku. Kilkanaście artykułów krytycznych, m.in. takie głosy jak „O micie CPK” („Rzeczpospolita” 30 lipca 2020 r.), nie doczekały się rzeczowej odpowiedzi poza propagandowym odszczekiwaniem się, że fachowcy i politycy opozycji demokratycznej nie chcą CPK, bo mają lotnisko w... Berlinie. Celuje w takich wpisach w mediach społecznościowych sam pan minister Horała, widząc się w roli współczesnego ministra Kwiatkowskiego, twórcy przedwojennej Gdyni.