Mając na głowie kryzys migracyjny, Rosję z Ukrainą, kryzys euro, deflację i słabiutki wzrost gospodarczy, Europa, a zwłaszcza Wielka Brytania, dużo miejsca poświęcają Brexitowi, czyli wyjściu kraju z Unii Europejskiej.

Na Wyspach w kotle wściekle buzuje. W Polsce – wieś spokojna, wieś wesoła. Czy 23 czerwca Brytyjczycy opuszczą Unię? To mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. I dopiero wtedy, z wielomiesięcznym opóźnieniem, zaczniemy się gorączkowo zastanawiać, co to będzie, co to będzie.

Dlatego, współczując ślepcom, na początek wyliczę skutki Brexitu dla Unii. UE straci kilka punktów procentowych udziału w światowym PKB, eksporcie i ludności, jak wyliczył Marek Dąbrowski w tekście na portalu Bruegel, co oznacza, że będzie miała mniejszy ciężar gatunkowy (i tak coraz go mniej). Europa straci światowe centrum finansowe w Londynie i jednorazowo 0,05 proc. PKB w wyniku spadku eksportu i importu o 10 proc. Nieco więcej w Europie Wschodniej, która jest dla Brytanii bazą produkcyjną, ale w sumie ekonomicznie – bez nieszczęścia.

Ważniejsze jednak wydają się skutki polityczne. Jest oczywiste, że będzie to krok w stronę dezintegracji UE, wzmacnianej przez zyskujące na sile partie populistyczne i eurosceptyczne. Trwający ponad 60 lat sen o europejskiej potędze, po około 40 latach przemyślanego rozwoju, nie przeżył ataku biurokracji, indolencji i kunktatorstwa polityków (kryzys długów), ale i trudniejszych do uniknięcia błędów, takich jak wprowadzenie euro czy zbyt szybkie rozszerzenie Wspólnoty w XXI wieku. Na powierzchnię wyszły narodowe preferencje, początkowo zrozumiałe, potem coraz bardziej destrukcyjne. Nikt nie obiecywał, że się uda 20, potem 30 narodów, zachęcić do ścisłej i bezkonfliktowej współpracy, ale to, co jest teraz, czasem trudno w ogóle nazwać współpracą; każdy coś tam sobie skrobie, jedni cicho, drudzy głośno.

Willem Buiter (główny ekonomista Citigroup) ze współpracownikami pisze, że Brexit oznacza osłabienie soft power Unii i nie należy tego lekceważyć, ponieważ przejście od „soft power" do „no power" to ledwie mały krok.

Nawet jeśli Brexit się nie zdarzy, to projekt europejski trzęsie się, rzęzi i chwieje. Unia – uwikłana w kryzys migracyjny, bombardowana przez terrorystów, a być może wkrótce nadgryziona wyjściem Wielkiej Brytanii – zasługuje na więcej. Pytanie, co każdy może zrobić dla Europy (a nie dojna Europa dla niego), nie jest retoryczne. Na początek można wziąć się za przestrzeganie wartości i reguł. Nie trzeba walczyć z biurokracją, wystarczy np. wrócić do takiej zasady jak subsydiarność.

A dlaczego piszę o tym już teraz? A kiedy mam pisać? W czerwcu? „Z okazji" referendum?

Już nie wiem, prowincjonalizm czy brak wyobraźni.

Ten tekst autor przysłał w sobotę, 2 kwietnia 2016