Fala silnego wzrostu płac, zdecydowanie przewyższającego wzrost cen towarów i usług, przez ostatnie lata niosła wysoko nastroje Polaków i notowania partii rządzącej. Dobre pod tym względem było jeszcze pierwsze półrocze 2022 roku, kiedy to – jak wynika z najnowszego raportu firmy Hays Polska – podwyżki dało pracownikom aż 83 proc. firm. Gigantyczne premie od 13 tys. do 19 tys. zł na głowę dostało właśnie 22 tys. pracowników Jastrzębskiej Spółki Węglowej, która przez wiele lat do orłów biznesu przecież nie należała. Aby je wymóc, górnicy nie musieli – jak kiedyś – przyjeżdżać do Warszawy z kilofami i palić szczególnie cennych obecnie, wyrabianych z ropy naftowej, opon.

Prezydent USA John F. Kennedy mawiał, że fala przypływu podnosi wszystkie łodzie. W sferze płac zdecydowanie nie jest to prawda. W ostatnich latach zyskiwali najbardziej specjaliści IT czy budowlańcy, ale już „zamrożona” sfera budżetowa – nie. Nawiązując do słów prezydenta, można by ją określić jako łódź podwodną.

Czytaj więcej

Ciężko o podwyżki. Skłonność przedsiębiorców do podnoszenia wynagrodzeń maleje

Rząd boi się kilofów górników, ale nie nauczycieli. Obrzucą go kredą czy dziennikami uczniów? To w dodatku nie jest elektorat PiS. Dlatego w edukacji wzrost płac nawet teraz jest znacznie niższy niż średnia. Pewnie nie zmienią tego zbytnio odbywające się właśnie demonstracje budżetówki pod hasłami: „Chcemy godziwej wypłaty, a nie same ochłapy”, „My się pracy nie boimy, godnej płacy sobie życzymy”.

Wygląda jednak na to, że zdenerwowanych przybędzie. Druga połowa roku za sprawą spowolnienia gospodarczego może być znacznie gorsza pod względem podwyżek płac. Z badania Hays Polska wynika, że rozważa je już tylko 46 proc. firm, czyli dużo mniej niż w pierwszym półroczu. Ale jest rzecz jeszcze gorsza. Wzrost płac już od dwóch miesięcy przegrywa z inflacją. A więc co z tego, że średnio Polak zarabia więcej, kiedy jego pensja jest mniej warta. Według GUS przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw zwiększyło się w czerwcu o 13 proc. rok do roku po zwyżce o 13,5 proc. w maju (wyniosło około 6555 zł brutto). W tym czasie wyraźnie jednak przyspieszył wzrost cen produktów i usług, sięgając 15,5 proc.

Tymczasem premier Mateusz Morawiecki, jak i prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński długo powtarzali, że co prawda inflacja wzrosła, ale za to płace urosły jeszcze szybciej. Teraz ten „przekaz miesiąca” załamał się. Prezes Glapiński nie traci jednak rezonu i zapowiada spadek inflacji po wakacjach, a w przyszłym roku do poziomu jednocyfrowego. Jeśli nawet, wyjątkowo, tym razem będzie miał rację, wzrost płac Polaków może jeszcze bardziej spowolnić. Niestety, wygląda na to, że wysoka inflacja pozostanie z nami na dłużej.