Ministerstwo Rozwoju przedstawiło nowy, niezwykle ważny i oczekiwany dokument: „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju" (dalej: Strategia). To projekt do konsultacji społecznych, który stanowi rozwinięcie „Planu na rzecz odpowiedzialnego rozwoju" (Plan) przedstawionego opinii publicznej w lutym tego roku. Zważywszy na wagę, jaką obecnie rządzący przywiązują do zmiany mechanizmów oraz strategii rozwoju gospodarczego Polski, dokument ten zasługuje na wnikliwą analizę. Ze względu na jego obszerność (244 strony) trudno byłoby omówić go kompleksowo, dlatego ograniczę się do dwóch grup zagadnień, moim zdaniem bardzo istotnych, wręcz fundamentalnych.

Pierwsza grupa dotyczy sporządzonej przez autorów Strategii diagnozy stanu gospodarki w punkcie wyjścia. Jeżeli bowiem rozwój gospodarczy Polski ma się oprzeć na strategii diametralnie odmiennej od tej, która była realizowana wcześniej (ma ostatecznie, jak mawia prezes Kaczyński, zrywać z koncepcjami Leszka Balcerowicza), to musimy wiedzieć, z czym mamy zrywać. Konieczne jest udzielenie odpowiedzi na pytanie, jakie były cechy dotychczasowej strategii i jakie przyniosła ona rezultaty.

Uzasadnieniem dla dokonania radykalnych zmian polityki gospodarczej oraz mechanizmów jej kształtowania może być tylko identyfikacja niesprawności istniejących mechanizmów oraz negatywnych skutków, jakie te mechanizmy przyniosły. Drugim obszarem analizy są źródła finansowania planowanych działań rządu. O ile w dokumencie z lutego pewną ogólnikowość czy brak precyzji można było zrozumieć, o tyle w odniesieniu do Strategii można i należy oczekiwać bardziej konkretnych i przekonujących propozycji.

Analizując omawiany dokument na tych dwu płaszczyznach, czytelnik ma prawo nie tylko czuć się zawiedziony, ale także zdumiony. Zdumiony wewnętrzną sprzecznością podstawowych założeń Strategii, sprzecznością pomiędzy formułowanymi od lat przez rządzącą partię ocenami stanu gospodarki a podstawowymi przesłankami, na których dokument się opiera, wreszcie fragmentami tekstu poświęconymi źródłom finansowania.

Na podstawie tego, co zostało publicznie przedstawione, nie jestem w stanie stwierdzić: czy omawiany dokument to przejaw ignorancji czy arogancji rządzących, czy rządzący nie mają pojęcia, o czym piszą, czy wręcz przeciwnie – wiedzą, ale kpią z obywateli?

Po co aktualizacja

Punktem wyjścia Planu była totalna krytyka przebiegu i skutków procesu transformacji polskiej gospodarki. Także w najnowszym dokumencie autorzy piszą: „Strategia określa nowy model rozwoju – suwerenną wizję strategiczną, zasady, cele i priorytety rozwoju kraju w wymiarze gospodarczym, społecznym i przestrzennym w perspektywie roku 2020 i 2030". W tym kontekście trudno jednak zrozumieć, jak Strategia może równocześnie stanowić aktualizację średniookresowej strategii rozwoju kraju (tj. „Strategii rozwoju kraju 2020", przyjętej uchwałą Rady Ministrów 25 września 2012 r.). Czegoś tu nie rozumiem. Albo rząd chce przestawić gospodarkę na nowe tory, gdyż dotychczasowy sposób gospodarowania i jego efekty są niezadowalające, albo też chce tę politykę kontynuować, w związku z czym aktualizuje dotychczasową strategię. Jeżeli polska transformacja doprowadziła gospodarkę do ruiny, to dotychczasowy model rozwoju trzeba szybko i radykalnie zmienić. Problem w tym, że rządząca partia – a jej główny strateg gospodarczy w szczególności – ma poważne problemy z przedstawieniem diagnozy rzeczywistego stanu gospodarki.

Jest destabilizacja czy równowaga

W trakcie słynnego audytu rządów PO–PSL wicepremier Morawiecki mówił, że błędem dotychczasowej polityki było m.in. przyjęcie, że gospodarka samoczynnie wraca do stanu równowagi. W tym samym wystąpieniu ostro skrytykował także wysokie deficyty budżetowe i nadmierny wzrost zadłużenia kraju, które doprowadziły do destabilizacji, z której gospodarka samoczynnie nie jest się zdolna wydostać. Mając to na uwadze, ze zdumieniem dowiadujemy się, że: „Odporność polskiej gospodarki na szoki zewnętrzne (ewentualny Brexit) to pochodna jej fundamentów. Dziś pozycja Polski w tym zakresie jest odmienna niż przed kryzysem finansowym 2008. Polska gospodarka jest w zupełnie innym stanie równowagi zewnętrznej i wewnętrznej niż w 2008 r. i kolejnych latach kryzysu. Wówczas deficyt na rachunku obrotów bieżących wynosił 6–7 proc. PKB, obecnie został niemal zniwelowany. Polska odnotowuje mniejszy deficyt budżetowy, większe rezerwy walutowe i ich korzystniejszą relację w stosunku do krótkoterminowego zadłużenia zagranicznego. Polska jest dziś o wiele bardziej stabilnym krajem. Potwierdza to pozycja polskiej waluty oraz obligacji skarbowych, które pozostają relatywnie stabilne. Stabilne fundamenty polskiej gospodarki stanowią podstawę do umiarkowanie optymistycznych prognoz" – czytamy w Strategii.

W kontekście tego, co mogliśmy przeczytać i usłyszeć dotychczas, przytoczony fragment czyta się z niedowierzaniem. Polska gospodarka w ostatnim ćwierćwieczu była najlepiej zrównoważona wśród gospodarek krajów przechodzących transformację, czego dziś rządzący na ogół nie dostrzegali. Przyznanie expressis verbis, że równowaga gospodarki po 2008 roku poprawiła się, stoi w jawnej sprzeczności z tym, co mówił wicepremier Morawiecki, oraz z tym, co do znudzenia powtarzali i czasami nadal powtarzają politycy rządzącej partii.

Czy zatem zdaniem wicepremiera Morawieckiego polska gospodarka w latach 2005–2007, a więc wtedy, gdy u władzy był PiS, była zdestabilizowana i dopiero rządy PO–PSL doprowadziły ją do właściwego stanu? Trzeba także pamiętać, że rządy te przypadają na okres najgłębszego po drugiej wojnie światowej globalnego kryzysu, podczas gdy rządy PiS przypadły na lata prosperity! Takiej samokrytyki obecnie rządzących, jak zresztą każdych innych, nigdy bym się nie spodziewał.

Przemysł został zniszczony czy nie

Latami słyszeliśmy o zniszczeniu polskiego przemysłu, o potrzebie reindustrializacji, która ma być jednym z najważniejszych celów Strategii, tymczasem można w niej znaleźć następujące stwierdzenie: „Polski przemysł ma zdywersyfikowaną branżową strukturę wartości dodanej, co sprawia, że jest on, jako gałąź gospodarki, relatywnie odporny na szoki zewnętrzne. Celem polityki gospodarczej powinno być podtrzymywanie konkurencyjności najbardziej znaczących branż krajowego przemysłu, takich jak spożywcza, chemiczna, metalowa, samochodowa czy meblarska". No to jak w końcu jest z tym przemysłem? Został zniszczony czy wręcz przeciwnie – trzyma się całkiem nieźle, jest dobrze zdywersyfikowany, odporny na szoki zewnętrzne, czyli mówiąc wprost – jest konkurencyjny i finansowo stabilny? Jeżeli tak, to może lepiej nie wprowadzajmy radykalnych zmian, bo możemy zniszczyć to, co dobrze funkcjonuje.

Ze zdziwieniem czytam inny fragment Strategii: „Proces konwergencji realnej gospodarki polskiej w odniesieniu do średniego poziomu rozwoju gospodarczego UE przebiegał szybciej niż w innych unijnych państwach Europy Środkowo-Wschodniej – w okresie 2004–2015 dystans pomiędzy Polską a UE28 mierzony PKB na mieszkańca w PPS (parytetem siły nabywczej – red.) zmalał o 20 pkt proc. Tempo konwergencji jednak słabnie, a towarzyszy temu wzrost nierówności w wymiarze społecznym, ekonomicznym i terytorialnym (wewnątrz kraju)".

Ten cytat jest prawdziwy tylko częściowo. Polska rzeczywiście zmniejszyła w trakcie ostatnich 12 lat dystans dzielący nas od średniego poziomu rozwoju krajów UE o 20 pkt proc., jednak tempo konwergencji nie słabnie, lecz utrzymuje się na podobnym poziomie. Jeżeli okres ten podzielimy na dwa równe podokresy (2004–2009 i 2010–2015), to z danych Eurostatu można wyczytać, że w obu tych podokresach dystans ten zmniejszył się tak samo – o 10 pkt proc.

Najdziwniejsze jest jednak to, że po tym, co słyszeliśmy o straconych latach, pułapce średniego rozwoju, utracie szans rozwojowych, stagnacji, nędzy i ruinie, dowiadujemy się, że polska gospodarka szybciej niż gospodarki innych krajów naszego regionu niwelowała dystans do średniego poziomu rozwoju gospodarczego krajów UE. Gdyby nie to, że napisano wyraźnie, iż chodzi o lata 2004–2015, można by jeszcze sądzić, że zdaniem autorów ten dystans nadrobiliśmy w ostatnich kilku miesiącach, czyli od przejęcia władzy przez PiS. Myślę jednak, że nawet najbardziej zagorzali zwolennicy obecnego rządu uznaliby taki pogląd za przekraczający granice zdrowego rozsądku czy wręcz granice śmieszności.

Powyższe uwagi dotyczyły czegoś, z czym rząd ma od początku kłopot. Chodzi o próbę wycofania się z uprawianej przez lata totalnej krytyki stanu gospodarki, choćby ze względu na dokonywane przez agencje ratingowe oceny. Trudno oczywiście utrzymywać, że gospodarka jest w ruinie, a jednocześnie oczekiwać pozytywnych ocen. W ogóle zresztą trudno ciągle powtarzać, że kraj, w którym się sprawuje rządy, jest krajem w ruinie. To jednak jest tylko pewien propagandowy kłopot dla rządu. Omawiany dokument zasługuje na poważną krytykę z ważniejszych powodów. Chodzi mianowicie o źródła finansowania Strategii.

Źródła finansowania

Od początku był to najsłabszy punkt gospodarczych koncepcji wicepremiera Morawieckiego, krytykowany zresztą z różnych stron. Można było zatem oczekiwać, że pomni tej krytyki autorzy poświęcą tej kwestii więcej uwagi i przedstawią bardziej przekonujące szacunki. Tymczasem stało się coś wręcz przeciwnego – popuścili wodze fantazji i bujają w coraz wyższych obłokach. O ile bowiem w poprzednim dokumencie mówiło się o nakładach rzędu biliona złotych środków publicznych i prywatnych do roku 2030, o tyle obecnie mówi się już o kwocie ponad 1,5 bln zł (1 573 067,3 mln zł), i to tylko środków publicznych, które mają być wydatkowane do 2020 roku.

Jest takie powiedzenie, które mówi, że papier przyjmie wszystko. Jednakże analizując dane zamieszczone na stronie 217, trzeba ponownie spytać, czy autorzy zatracili poczucie rzeczywistości, czy też w żywe oczy drwią ze społeczeństwa. 56 proc. środków na finansowanie publicznej części strategii do 2020 roku (881 624 mln zł) ma pochodzić z dwóch źródeł: Narodowego Funduszu Zdrowia oraz jednostek samorządu terytorialnego. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie zrozumieć, w jaki sposób wydatki na leczenie szpitalne, podstawową czy nawet specjalistyczną opiekę zdrowotną oraz wydatki samorządów mogą się przyczynić do „wysokiego efektu linkowania/sieciowania/klasteryzowania", „zwiększenia poziomu wartości dodanej w ogniwach łańcucha wartości ulokowanych w Polsce", „zwiększenia potencjału rynkowego w skali globalnej" czy też „zwiększenia intensywności technologicznej" polskiej gospodarki.

Ryzykowna centralizacja

Czytelnik strategii może się czuć zawiedziony i zaniepokojony nie tylko dlatego, że graficzna forma prezentacji nie jest już tak imponująca jak dokumentu przedstawionego w lutym. Jest ku temu znacznie ważniejszy powód – autorzy koncepcji radykalnych zmian nie są w stanie dokonać rzetelnej oceny stanu gospodarki oraz mechanizmów jej funkcjonowania, wskazać te elementy, które wymagają naprawy, ani pokazać, w jaki sposób ten budzący podziw ze względu na swoją skalę program ma być sfinansowany.

Gdyby nawet źródła i sposoby finansowania Strategii były ukazane bardziej precyzyjnie, to i tak istniałoby ryzyko, że zakładane cele nie zostaną zrealizowane, co wynika nie tylko z immanentnych cech procesów gospodarczych i społecznych, ale także z wyraźnych skłonności centralizacyjnych obecnie rządzących. Historyczne doświadczenie dowodzi, że centralizacja decyzji alokacyjnych rzadko prowadzi do pozytywnych skutków ekonomicznych, a jeżeli nawet prowadzi, to z reguły pociąga za sobą wysokie koszty społeczne. Strategia, która precyzyjnie nie pokazuje źródeł finansowania, nie nadaje się do konsultacji społecznych – nadaje się do kosza.

Prof. dr hab. Jan Czekaj był członkiem Rady Polityki Pieniężnej, obecnie wykłada na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie i w Wyższej Szkoła Ekonomii i Informatyki w Krakowie