Ale szefowie Eurolotu uważają, że są w stanie zrobić coś, co innym się nie udało. W dodatku całe przedsięwzięcie odbywa się bez wsparcia PLL Lot, firmy matki, która  jest zainteresowana przede wszystkim tym, by Eurolot dowoził jej pasażerów do głównych portów. A to nie zawsze wychodzi. Można by na przykład polecieć z Warszawy do Turynu, przesiadając się w Katowicach, ale Eurolot ma tak zbudowany rozkład, że pasażerowie musieliby w Katowicach czekać sześć godzin. Wybierają więc Lufthansę i lot przez Monachium, zresztą lecąc przez jeden odcinek samolotami ATR, takimi samymi, jakimi dysponuje Eurolot.

 

W efekcie podróż jest krótsza o pięć godzin.

 

Ale to prawda, bez eksperymentów nie byłoby żadnych nowych usług. Jest także nadzieja, że w to przedsięwzięcie zaangażują się porty lotnicze, z których Eurolot chce otwierać nowe połączenia. Jeśli tak rzeczywiście będzie, bo na razie i porty, i regionalne władze „przyglądają się" całemu przedsięwzięciu, to szansa na sukces jest jeszcze większa.

Jeśli Eurolotowi się powiedzie, wygra nie tylko linia, ale i podróżni, bo wreszcie będzie można tanio latać po kraju. Jeśli się nie uda, powiemy: miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. Tak jak kilka dni temu powiedzieli sobie szefowie Lufthansy, zamykając po dwuletnim eksperymencie Lufthansa Italia.